Blog Pisany Wstecz

wspominki z czasów dzieciństwa czyli życie na prowincji

Wpisy

  • piątek, 16 listopada 2012
    • Żyd, mucha i implikacje

      Ten wpis inspirowany jest burzą wokół filmu "Pokłosie". Ale właśnie po seansie przypomniała mi się cała historia.

      Mieszkańcy podobnych miasteczek jak moje zapewne pamiętają siermiężne czasy stanu wojennego, notoryczne wyłączenia prądu jesienią i zimą w godzinach popołudniowych, siedzenie w oczekiwaniu na przywrócenie energii około 21.00 na niespełna godzinę, by "obywatele i obywatelki" mogli się oporządzić przed snem. Nie było internetu, telewizji, tylko kiepskie radio na baterię, świece i wspólne wieczory z rodziną lub sąsiadami. Moja Babcia-niania, mieszkająca po sąsiedzku, przychodziła zawsze do nas, aby się ogrzać i posiedzieć w półmroku przy szklance gorącej herbaty z konfiturą malinową. Pamiętam jej cichutkie pukanie - zawsze od razu chwytała za klamkę i niemal bezszelestnie wchodziła do mieszkania. To były takie czasy, że człowiek zamykał drzwi na zamek tylko na noc, a i to nie zawsze. Z perspektywy lat odnoszę wrażenie, że ludzie sobie ufali i częściej patrzyli drugiemu człowiekowi prosto w oczy...Drobniutka postać mojej ukochanej piastunki zawsze pachniała bułeczką drożdżową, kremem nivea oraz lekko wykrochmalona chustką, którą każdego dnia przykrywała siwiuteńki warkocz, upięty w kok. Do tej herbaty z malinowymi farfoclami, które zastępowały deficytowy cukier, Babcia przynosiła a to chałkę, upieczoną własnoręcznie w duchówce, a to znów kruche ciasteczka własnego wyrobu, kluski na parze, które w moim domu - za sprawą Babci - zawsze podawało się na słodko: w sosie ze śmietany i własnoręcznie zebranych i przerobionych na coś w rodzaju konfitury  jagód. Babcia zawsze siadała w kuchni na krześle przy ścianie, do której dosunięty był stół, przykryty wzorzystą ceratą. W kuchni węglowej wesoło błyskały języki ognia, mama co jakiś czas dorzucała do pieca kawałek drzewa lub szufelkę węgla. Na płycie stał odrapany, aluminiowy czajnik, do którego, gdy tylko zaczął delikatnie poświstywać, mama dolewała zimnej wody, oraz kamionkowy imbryk, w którym zaparzała esencję herbaty Asam. Nad kuchnią do jakiejś szpetnej rury przywiązany był sznurek z suszącymi się grzybami. Skromnie wyposażone pomieszczenie delikatnie rozświetlał blask lampy naftowej, którą mama dostała onegdaj na imieniny. Lampa miała przezroczysty klosz, ciemnoniebieską, szklaną podstawę, metalowy uchwyt do powieszenia na ścianę, i knot zrobiony z prawdziwego sznurka. Nie była to bezużyteczna durnostojka tylko autentyczna lampa, a przekonaliśmy się o tym przypadkowo, gdy pewnego razu zapas świec (a nie było wówczas długopalących się, grubych świec, tylko cienkie białe świece w zielonym, kartonowym pudełku) po prostu się skończył. Mama z bratem wpadli na pomysł, by spróbować uruchomić lampę, która do tej pory była wyłącznie ozdobą. Naftę mieliśmy zawsze w domu, dobrze czyściła lakierowane meble i służyła do podpalania starych szmat, którymi robiło się tzw. cug w kominie. No i się udało. Odtąd imieninowy prezent stał się bardzo pożądanym i ekonomicznym przedmiotem. I przy tej właśnie lampie siedzieliśmy w kuchni, a mama z Babcią spokojnie gawędziły, a czasem milczały, wpatrzone w nieśmiały blask jakże użytecznego wówczas wynalazku Ignacego Łukasiewicza. Babcia była bardzo prostą i skromna osobą, pełną dobroci, ciepła, a do tego miała fenomenalną pamięć jak na swój ówczesny wiek. Lubiła wspominać dawne czasy, jeszcze sprzed wojny. Mówiła nieco nieporadnie, bez talentu oratorskiego, ale w urywanych co kilka zdań wspominkach była jakaś magia.

      Pewnego wieczoru wspominała historię, która zdarzyła się w jej wiosce niedaleko polskiego Lwowa. Jeden z mieszkańców pożyczał często pieniądze u Żyda. Po czasie zaczął zwlekać z oddawaniem długów, a że nadszedł czas wojny, Żyd upominał się o swoje. Mężczyzna nie chciał oddać pieniędzy. Do tego dużo pił i często awanturował się w domu, znęcając się nad własną żoną i dziećmi. Któregoś razu, gdy Żyd ponownie przyszedł po swoje, pijany mężczyzna wpadł w szał i okrutnie pobił Żyda. Zaciągnął go do stodoły, odpalił papierosa i zastanawiał się, co zrobić z intruzem, który konając leżał i prosił o litość. Nad umierającym człowiekiem latała mucha. Żyd widząc beznadzieję swojej sytuacji, zapłakał i powiedział do swego oprawcy, że sprawiedliwości stanie się zadość i owa mucha kiedyś zdemaskuje jego postępek. Rozsierdzony mężczyzna dobił widłami ofiarę i porzucił zwłoki gdzieś przy drodze. A że był to czas wojny, nikt nie dochodził sprawiedliwości. Mężczyzna nadal pił i bił żonę.

      Któregoś razu, już po wojnie - po kolejnej domowej awanturze pobita kobieta siedziała w kuchni, patrząc jak jej pijany mąż leży na pryczy. Nad nim krążyła mucha. W całej izbie słychać było tylko uporczywe brzęczenie owada. Nagle ów mężczyzna  dostał ataku śmiechu, wodząc wciąż za uprzykrzającym się owadem. Żona zapytała, co go tak śmieszy. Rozbawiony facet opowiedział jej historię, jak to pozbył się żydowskiego wierzyciela i co Żyd powiedział mu przed śmiercią. Zdesperowana i obolała kobieta wyszła z domu i powiedziała o wszystkim milicji. Mężczyznę aresztowano.

      Tak mniej więc to zapamiętałam. I jeszcze dygresję autorki, w których aż kłębiło się od emocji, mimo, że od tej historii minęło ponad 40 lat -"Pani (to do mojej mamy) - jakiż on był okrutny!" albo: "Pani, ten Żyd to naprawdę był dobry człowiek i sąsiad i jego rodzina też. Przy żniwach pomagali. I w potrzebie człowieka poratowali. I my tam z nimi żyli dobrze, chodź oni innowiercy, ale Pani kto tam na to patrzał, toż tam i prawosławne byli i protestanty.... Pani my we wsi, to jak Niemcy przyszli, niejednego Żyda żeśmy chowali, albo w lesie im kryjówki robili. A ten człowiek to zły był. Pani, jak on dla własnej żony zły był, to co dopiero do obcego. Pani, ja nie powiem, mój też pił, ale ręki nigdy na mnie nie podniósł, ani obelżywości nie mówił."

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      piątek, 16 listopada 2012 10:34
  • środa, 20 lipca 2011
    • Marina

      Marina. Dziewczyna - zjawisko. Nie pod względem urody, lecz aury którą roztaczała. Tak mi się wydaje z perspektywy czasu. Bo pięknością nie była. Krótkie, zadziornie przystrzyżone włosy koloru mysi-blond z lubością farbowała na marchewkowy rudy. Cera jasna, wręcz przezroczysta, zgrabna figura, ujmujący uśmiech. Ulubione odzienie Mariny to błękitny dres z kreszu, do którego zdarzało się jej zakładać czółenka, tzw. "kaczuszki", czego osobiście nie mogłam ścierpieć i delikatnie dawałam jej do zrozumienia, iż powyższe zestawienie nie pasuje do charakteru obu części ubrania. Wówczas Marina albo się obrażała, albo wzruszała ramionami.Inteligencją nie grzeszyła, ale miała poczucie humoru, co nie pasowało do faktu, że z błahego powodu stroiła fochy. Mimo to miała szalone powodzenie u fajnych i przystojnych chłopaków, zwłaszcza o kilka lat starszych, co nie znaczy, że była puszczalska. Wręcz przeciwnie. Cechowała ją nieufność i dystans - może  i w tym tkwiła jej tajemnica powodzenia u płci przeciwnej. Móc pocałować Marinę, to przynajmniej miesiąc intensywnych randek, podczas których zakochany amant mógł co najwyżej potrzymać Marinę za dłoń i to raczej poza zasięgiem radaru miasteczkowych plotkar. Do tego obowiązkowo misiaczki, kwiatki, naklejki-serduszka, dezodoranty z Pewexu i cały ten badziewny kram, który towarzyszył zakochanym małolatom.
      Marina była starsza ode mnie o dwa lata, lecz z nauką szło jej mizernie, do tego stopnia, że w szóstej klasie nie dostała promocji i była tylko w klasie wyżej niż ja. W ósmej problemy z nauką nadal prześladowały Marinę. Pewnego razu, pod koniec roku szkolnego Marina miała zaliczać geografię pod koniec naszej lekcji. Wystrojona w ciuchy z "erefenu", które przysyłała jej starsza siostra (poza kreszowym dresem i kaczuszkami, Marina "czuła" modę i w dzisiejszych czasach byłaby niezłą "szafiarką"), bez długich kolczyków, które normalnie były jej znakiem rozpoznawczym, stała blada bardziej niż zwykle przed mapą PRL. Nie odpowiedziała na pytania typu erozja czy stalaktyty, geografica wyraźnie zrezygnowana, pytała retorycznie, co ma z nią zrobić. W końcu, aby pozbyć się Mariny i postawić jej choćby marne trzy na szynach, zapytała Marinę, z jakimi krajami graniczy Polska i jakie są ich stolice. Marina utkwiła pusty wzrok w mapę fizyczną, na której wówczas Polskę okalały tylko NRD, Czechosłowacja i ZSRR. Na żółto-zielono-niebieskiej mapie granice państw były wyraźnie zaznaczone, co sprytniejsze oko dopatrzyłoby się także rozstrzelonych liter z nazwami państw. Marina stała sparaliżowana, coś tam próbowała wydukać, pomachała ręką z pomarańczowym wskaźnikiem, nie udzielając ostatecznie żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi. Geografica ukryła twarz w dłoniach, załamana stanem wiedzy - a raczej niewiedzy - wystraszonej uczennicy, po czym ryknęła:
      - Marina, a ty przynajmniej wiesz, w jakim ty państwie mieszkasz?!
      Na co Marina wyparowała z entuzjazmem:
      - Wiem!  W WARSZAWIE!!!
      Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Mnie było strasznie głupio, bo znałam Marinę dobrze, ale ramiona mimowolnie drgały mi w histerycznych drgawkach.
      - Marina, idź już, bo nie mogę na ciebie patrzeć! - powiedziała geografica. - Lepiej idź już z tej szkoły, bo nie zniosę cię kolejny rok na lekcjach!
      I tak oto Marina zakończyła naukę w szkole podstawowej, otrzymując wolną drogę do szkoły zawodowej o profilu handlowym. Początkowo miała być fryzjerką, do czego naprawdę miała rękę, była jednak uczulona na płyny do trwałej i inne specyfiki do włosów, co wykluczało jej ewentualną karierę mistrza fryzjerstwa.
      Marinę poznałam bliżej w klubie tańca towarzyskiego. Była bezsprzecznie najlepszą tancerką, z doskonałą prezencją, a gdy słyszała muzykę, jej nogi same podrygiwały w miejscu. Jako stała bywalczyni okolicznych dyskotek, zawsze magnetyzowała swoim tańcem, skupiając na sobie wzrok nie tylko chłopców. Do tego zawsze podśpiewywała sobie pod nosem, interpretując na swój sposób angielskie strofy. Nasza znajomość była bardzo kuriozalna - poza tańcem nie łączyło na absolutnie nic, ale Mariny - mimo jej prostolinijności i zabawnego przekręcania słówek - nie sposób było nie lubić. Na pożądane na początku dziewięćdziesiątego roku buty kowbojki mówiła "kombojki", futrynę myliła z "furtyną", niemiłosiernie przekręcała nazwiska, nie potrafiła powtórzyć tytułu wczoraj oglądanego filmu, jedyne imię z serialu "Dynastia", które wymawiała prawidłowo, to Alexis.
      Ponadto Marina uwielbiała czystość i porządek. Mieszkała w kamienicy w centrum miasteczka, a jej pokój nie był połączony z resztą mieszkania, wskutek czego do Mariny wchodziło się prosto z korytarza. Pokój był wielki, z kaflowym piecem w rogu, wysoki na ponad trzy metry, z którego z dwóch okien rozpościerał się widok na cały rynek. Marina - podobnie jak jej babcia - lubowała się w kilkugodzinnym przesiadywaniu w owych oknach, oparta o miękką poduszeczkę, dłubała słonecznik (ale nie pluła na ulicę). Dzięki temu zawsze wiedziała, co gdzie, jak, kto z kim i dlaczego.
      Pokój Mariny urządzony był "przyszłościowo", a raczej "posagowo": dwa komplety segmentów na wysoki połysk wypchane były nowiutkimi zestawami pościeli, kocami, firanami, ściereczkami do naczyń, które Marina po wyjściu za mąż miała otrzymać jako wiano. Na otwartych półkach stały kryształowe wazony, czary, puchary, puzdereczka, karafki itp. Za szklanymi drzwiczkami segmentu ustawione były rzędy nowiutkich filiżanek, wystanych w kolejkach do sklepu gospodarstwa domowego, mieszczącego się w bliskim sąsiedztwie Mariny, oraz kieliszki do wina i szampana. I ani jednej książki. Marina zresztą bez ogródek przyznawała, że czytając, niewiele rozumie. Dowodem na to była sytuacja w pociągu - razem dojeżdżałyśmy do szkoły. Któregoś razu Marina zarezerwowała miejsce w przedziale i już z okna wołała mnie i koleżankę, abyśmy się do niej przysiadły. W ręku trzymała jakieś pisemko plotkarskie, w którym przeważały kolorowe zdjęcia. Na końcu gazety był horoskop. Marina ochoczo wydukała mi mój, po czym z przejęciem zaczęła czytać swój, wtrącając co chwilę: "Widzisz, sprawdza się!" udowadniając mi w ten sposób, że jej los zapisany jest w gwiazdach. Zaciekawiona zerknęłam jej przez ramię i osłupiałam. Marina  czytała mi wróżby dedykowane zodiakalnym Strzelcom, podczas gdy sama (urodzona w Sylwestra) była spod znaku Koziorożca! Uświadomiłam jej pomyłkę, na co Marina powiedziała, że zawsze patrzyła tylko na cyfrę rzymską miesiąca przy symbolach Zodiaku i jakoś zawsze jej się sprawdzał ten horoskop!
      W imponujących rozmiarów pokoju Marina posiadała także swój własny, kolorowy telewizor, może nie najnowszy, ale był. Po przeciwnej ścianie komplet wypoczynkowy. Z wersalki można było korzystać, natomiast fotele pozostawały owinięte fabryczną folią. Brakowała tylko idealnego kandydata na zięcia. Vis-a-vis okien Marina urządziła sobie toaletkę, na której, pod dużym, wiszącym lustrem, trzymała lakiery i pianki do włosów z komisu, palety cieni w różowych pudełkach, zakupione na targowisku w Mieście Wojewódzkim, tusz do rzęs z Celii, rozmaite szminki, emalie do paznokci i inne utensylia do makijażu. Marina lubowała się w samoopalaczach, które jedna z firm, tuż po '89 roku jako pierwsza wypuściła na rynek. Dosyć nieumiejętnie smarowała się specyfikiem, tak, że zawsze gdzieś widać było granicę pomiędzy naturalnym, porcelanowym wręcz odcieniem jej jasnej skóry, a marchewkową opalenizną. Większość opakowań, zwłaszcza po lakierze do włosów, była pusta, ale Marina lubiła mieć okazałą wystawkę, którą codziennie - podobnie jak segmenty na wysoki połysk - wycierała z niewidzialnego kurzu. Codziennie też odkurzała dywan i podłogę, a okna myła przynajmniej raz w tygodniu. Gdy akurat nie sprzątała, zajęta była własnym wyglądem i mizdrzeniem się do lusterka, tudzież przymierzaniem ciuchów z własnej szafy w różnych kombinacjach. A potem siedziała w oknie, a jak jej się znudziło, to biegała po koleżankach na ploteczki. Jeśli coś zdradziło się Marinie "w tajemnicy", na drugi dzień wiedziało już o tym całe miasteczko, jeśli coś się chlapnęło mimo woli, Marina szybko o tym zapominała.

      Jakoś na początku dziewięćdziesiątego drugiego roku klub tańca rozpadł się ostatecznie. Założyciel i pierwszy trener wyemigrował pół roku wcześniej do Stanów Zjednoczonych, kolejni szkoleniowcy, którzy sami jeszcze zajęci byli swoją karierą, a do tego studiowali, nie znajdowali zbyt wiele czasu, by poświęcić swój czas młodzieży z jakiegoś zapyziałego miasteczka. Status finansowy klubu tanecznego, na skutek niedawnych przemian, oraz zmian samorządowych i nieokreślonego sposobu finansowania był - delikatnie mówić - niepewny. W połowie roku przyszło zaproszenie dla Mariny do Stanów Zjednoczonych od trenera. Pan Ryszard, zapuściwszy korzenie w nowojorskiej Polonii, założył klub tańca towarzyskiego i potrzebował asystentki, z którą miałby trenować młodych polonusów. Zawsze miał słabość do Mariny, była jego faworytą ale i osobą bez konkretnych planów na przyszłość. Miała wprawdzie wtedy chłopaka, który - jak dla mnie - był najmniej atrakcyjnym kandydatem na męża z ówczesnych adoratorów, ale to w końcu był jej wybór. Do tego odbywała praktykę zawodową w sklepie odzieżowym pani Basi, z perspektywą zatrudnienia na stałe po szkole, którego jednak kilka lat później już nie było. Po burzliwych naradach z rodziną, kilku telefonach pana Ryszarda do mamy Mariny oraz konsultacją z połową miasteczka, pewnego wrześniowego popołudnia Marina spakowała pięć walizek i w nieśmiertelnym niebieskim dresiku z kreszu i sportowych butach, z torebeczką przerzuconą na ramię wyjechała do Berlina, by stamtąd odlecieć do Nowego Jorku. Żegnałam ją pod domem, obie miałyśmy łzy w oczach, uściskałyśmy się serdecznie i wówczas widziałam ją ostatni raz. Napisałam do niej ze trzy listy, podając je jej mamie - bardzo podejrzliwej osobie, która nie chciała dać mi adresu Mariny. Bała się, że wszyscy będziemy nagabywać Marinę, prosząc ją o załatwienie wyjazdu do Ameryki. Podobno listy dostała, ale na żaden nie odpisała. Zaraz po przyjeździe do USA wysłała tylko zdawkową pocztówkę z pozdrowieniami, z widokiem Statuy Wolności na odwrocie.
      W miasteczku krążyły wręcz legendy o tym, co robi Marina w Stanach. "Dobrze poinformowani" twierdzili, że miała romans z trenerem, że wcale nie uczyła tańca, że rozbiła małżeństwo trenera, a tak naprawdę nic nie miało w sobie krzty prawdy. Najbardziej zaangażowaną osobą w rozsiewanie plotek była niedoszła teściowa Mariny, która nie mogła przeboleć, że dziewczyna zostawiła "taką świetną partię".
      Dziś Marina mieszka podobno na przedmieściach NYC, jest żoną nobliwego neurologa z polskimi korzeniami, w piżamie i bez figury z wczesnej młodości strzyże przydomowy trawnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      środa, 20 lipca 2011 13:25
  • wtorek, 03 maja 2011
  • czwartek, 17 marca 2011
    • Barbarzyńcy

      Tak się jakoś złożyło, że nie mam kuzynostwa. Mama ma bezdzietnych siostrę i brata, a taty rodzeństwo  - poza stryjem- najstarszym bratem- też nie doczekało się potomstwa. Dzieci stryja, w dniu moich urodzin były prawie dorosłe, więc ciężko o bliskie kontakty rodzinne przy tak dużej różnicy wieku, do tego nie spotykaliśmy się często. Jedyne dzieci w rodzinie, które pamiętam, to dzieci kuzynów mojego ojca. Zdarzyło nam się parę razy spotkać na uroczystościach rodzinnych i nawet wspólnie pobawić. Ich babcie, to były siostry mojego dziadka ze strony ojca, do których zwracałam się per ciociu, chociaż osobiście wolałam babciu, gdyż odkąd pamiętam, wyglądały jak babcie. Mieszkały wspólnie ze swoimi mężami w mieście wojewódzkim, blisko centrum, w starej willowej dzielnicy, w pięknym acz zaniedbanym domu. Jako dziecko nie dostrzegałam oczywiście uroków architektury, dawnych ogrodów i okolicy, którą zamieszkiwały, a kiedy wchodziłam do starego, lekko zatęchłego korytarza ich willi, gdzie echo potęgowało odgłos wysokich obcasów mamy, stukających rytmicznie po starej, ceramicznej  mozaice podłogowej, odczuwałam strach dopóty, dopóki po dźwięku starodawnego dzwonka nie usłyszałam szurania kapciami w przedpokoju. Ciocia Marysia otwierała ciężkie, rzeźbione drzwi z przyklejonym nieco uśmiechem i nienaganną fryzurą; czarno-siwe włosy zawsze miała ściągnięte w surowy kok. Uśmiechając się przypominała mi skośnooką Azjatkę i zawsze miałam wrażenie, że uśmiech ten bardziej wynikał z grzeczności niż prawdziwej sympatii do mojej mamy. Ale była niezwykle gościnna, podobnie jak ciocia Wiktoria, starsza, nobliwa pani, o surowej twarzy i nieufnym wzroku. Natychmiast po przekroczeniu progu ich domu, jedna z pań szła przez ciemną, wąską sień do kuchni,  nastawić czajnik na herbatę, wujaszkowie grzebali w zakamarkach ukrytej w sąsiednim pokoju meblościanki, w poszukiwaniu koniaczku i słodkości. No, chyba, że była to spotkanie oficjalne, z racji imienin któregoś z domowników czy też okrągłych rocznic ślubów, które świętowali uroczyście i w obecności bliższej i dalszej rodziny. Wówczas zapraszani byliśmy do dużego salonu ze staromodnymi plafonami na suficie, z pięknym, acz nadgryzionym zębem czasu balkonem, wysokimi oknami, w którym zasiadaliśmy przy długim poniemieckim stole, nakrytym bielusieńkim, wykrochmalonym obrusem z ręcznie robioną koronką. Światło z zabytkowego żyrandola odbijało się w wypucowanych szybkach staroświeckiej serwantki, wypełnionej dobrymi alkoholami i przedwojenną porcelaną. Ciocie i wujkowie wyciągali najlepszą zastawę, srebrne sztućce i zdobione patery, zabytkowe, kryształowe kieliszki, a wódkę zawsze serwowali w karafce. W dobie najokrutniejszego kryzysu, jakiego przyszło mi doświadczyć podczas stanu wojennego, u nich zawsze z takich okazji serwowano delikatesowe wędliny, w tym chudą szynkę, kilka rodzajów wyśmienitych wypieków i świeżo mieloną kawę, podawaną w szklankach opasanych metalowymi koszyczkami.   My, dzieci, zawsze obdarowywani byliśmy cukierkami i prawdziwą czekoladą. Ciotki mieszkały razem. Jedna z nich miała założoną książeczkę mieszkaniową i wpłacając regularnie oszczędności, cierpliwie czekała na przydział niedużego M-2 na betonowym, nowoczesnym osiedlu. Łączyła je szczególna więź – razem przeżyły zesłanie z Kresów na Syberię, gdzie ciężko pracowały w kopalni, niemal na czworakach wynosząc w wiklinowych koszach na plecach ręcznie wydobywane grudy węgla z prymitywnych, niskich i ciasnych korytarzy.  Tam właśnie ciocia Marysia nabawiła się wielu schorzeń, które dotkliwie ją doświadczały przez całe życie. Najokrutniejszym skutkiem tamtych czasów była bezpłodność, dlatego z wielkim poświęceniem matkowała trzem synom swojej rodzonej siostry. Ciocie dzieliła niezauważalna różnica wieku, były więc sobie szczególnie bliskie, nie tylko ze względu na więzy rodzinne, ale i z racji wspólnych losów wojennych oraz splotów okoliczności, które sprawiły, że od czasu zasiedlenia na Ziemiach Odzyskanych pozostawały nierozłączne. Kiedy zmarła ciocia Wiktoria, Marysia dotkliwiej odczuwała jej stratę, aniżeli śmierć własnego męża. Z dziecinną szczerością przyznała, że ich wspólnego życia nigdy, ale to nigdy nie zmąciła nawet najmniejsza kłótnia; zawsze doskonale się rozumiały i wspierały w trudnych chwilach, a tych przecież nie brakowało, choćby z racji tego, że przyszło im wychowywać trzech synów w trudnych gomułkowskich czasach.

      Najmłodszy z nich – Waldek – był prywaciarzem. Miał nieźle prosperujący warzywniak w centrum miasta wojewódzkiego, przy szlaku handlowym, który prowadził do dworca PKP. Żona Waldka, ciocia Ela zawsze pięknie pachniała, obwieszona była złotem (co niestety zawsze kąśliwie komentowała moja mama) i przypominała mi zachwycającą Irenę Jarocką z okładek winylowych płyt z lat osiemdziesiątych. Mieli dwóch synów, a że byli ode mnie młodsi, więc jako smarkacze płci odmiennej  nie byli godnymi partnerami do zabaw.

      Wujek Kazik – średni syn -był rozrywkowym facetem. Grywał w zespole muzycznym na dancingach, raz załapał się nawet ze swoją kompanią na jakiś statek wycieczkowy po Bałtyku, w każdym razie „porządnej” czyli stałej pracy w państwowym przedsiębiorstwie nie miał. Nie pamiętam, czym zajmowała się ciotka Bronia- trochę pracowała w ówczesnej Polfie, a  potem chyba siedziała w domu i wychowywała ich wspólne córki, Klarę i Tamarę. Klara była rok starszą ode mnie dziewczynką, z czarną gęstą grzywką i włoskami spiętymi w kucyk. Tamara miała piękne blond włosy i niebieskie oczy i była moją rówieśniczką. Spotkałyśmy się u ciotek może ze dwa lub trzy razy i po godzinie krępacji, lody były przełamane, dzięki dyplomacji wujaszka Heńka, męża cioci Marysi, który przynosił z sąsiedniego pokoju dużą ruską lalkę z blond włosami i zamykanymi oczami. Lala była podarkiem od dalszej rodziny ciotek, pozostałej na terenach ówczesnego ZSRR i dekorowała wersalkę w sąsiednim pokoju, siedząc dumnie na szydełkowej serwecie, rozścielonej na tapicerowanym oparciu wersalki. Bawiłyśmy się świetnie! W wieku sześciu lat siedzenie przy stole z dorosłymi, których w dodatku w takim towarzystwie widuje się co najwyżej dwa razy w roku, było zajęciem okropnie nudnym, zwłaszcza w okresie, gdy telewizja kłamie, albo nic nie nadaje. Oczywiście Tamara z racji wieku była mi bliższą. Klara uważała się za nie wiadomo ile starszą od nas, opowiadała niestworzone historie, lubiła rozkazywać i była prowodyrem zabaw, w których najczęściej ona się chowała, a my musiałyśmy ją szukać. Klara- tupeciara zdawała się też być ulubienicą ciotek, które przy każdej okazji powtarzały, jakie to cudowne i mądre dziecko, bo w przyszłości chce zostać weterynarzem. A ja chciałam być sklepową albo nauczycielką. Kolejny raz spotkałam dziewczyny chyba w osiemdziesiątym siódmym roku, na pogrzebie brata dziadka i ciotek – widziałyśmy się tylko przez chwilę, udając, że spotykamy się pierwszy raz. Po ceremonii kościelnej kuzynki wraz z matką musiały wrócić do domu. W rzeczywistości małżeństwo ciotki Bronki z wujkiem przechodziło poważny kryzys, chyba nawet wówczas mieszkali osobno, a obecność żony i córek Kazika na pogrzebie stryja była czysto kurtuazyjna. Prawdziwy szok przeżyłam jakieś dwa lata temu, kiedy przyszło nam znów spotkać się na pogrzebie, tym razem niestety cioci Marysi – po ślicznych, wesołych dziewczynkach nie pozostał nawet ślad. Klara nie została weterynarzem, a Tamara ledwie ukończyła szkołę zawodową. Wyglądają jak siostry-bliźniaczki, obydwie z amerykańską wręcz otyłością, w porozciąganych, zmechaconych bluzach, dżinsach opinających tłuste niczym dwa balerony nogi, opuchnięte na twarzy, z odrostem po drastycznej próbie bycia seksowną blondynką i gromadką zasmarkanych maluchów z cygańskim temperamentem u boku.

      Wujka Janka, najstarszego syna ciotki Wiktorii, ledwo kojarzę - widziałam go może ze dwa razy i to jako mała dziewczynka. Pamiętam, że miał prywatną piekarnię, pół starego, poniemieckiego segmentu, za którym rozrastało się blokowisko i wiecznie nadąsaną żonę Wandzię. Wandzia uchodziła za piękną kobietę, która od życia chciała więcej, aniżeli oferował jej mąż z całkiem nieźle prosperującą piekarnią na obrzeżach przeludnionego osiedla. Sama pracowała w jakimś biurze, zawsze miała nienagannie pomalowane paznokcie i lubiła chodzić w futrach oraz modnych kożuchach– tak ją zapamiętałam. Mieli dwójkę dzieci. Aśka była ode mnie dwa lata starszą dziewczynką, której w życiu nie brakowało niczego, oprócz dobrych manier. Bartek - blond loki do ramion i trzpiotowate oczy, które były dokładnym odzwierciedleniem charakteru kuzyna. Ciocia Marysia zawsze biadoliła, że dzieci mają wszystko, ale są zaniedbane, co brzmiało dla mnie wówczas enigmatycznie, a co z perspektywy czasu doskonale rozumiem. I właśnie ci najmniej znani mi kuzyni wraz z rodzicami odwiedzili nas któregoś pięknego dnia. Na pewno był to dzień wolny, może nawet świąteczny, bo przypominam sobie obecność taty w domu, który po rozstaniu z mamą, przyjeżdżał jeszcze przez dwa lata do nas na święta. Nie wiem jaki był powód tych odwiedzin, ale przyjechali. Ja ucieszyłam się okropnie, że w końcu będę mogła się z kimś pobawić. Korpulentna Aśka z ogromnymi kokardami wokół kucyków, w białych, opiętych do granic możliwości rajtuzach i przykrótkiej bistorowej spódniczce natychmiast przewróciła mój pokój do góry nogami. Pościągała z półki wszystkie lalki, chcąc je poprzebierać, a efekt był taki, że niemal wszystkie leżały gołe na podłodze. Bartek rozsypał skrzynię z klockami, i po chwili zabawy znudzony zostawił je na środku pokoju. Aśka tymczasem wyciągała moje gry planszowe, pudełka, przybory do rysowania i inne skarby. Niespełna po godzinie mój pokój wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Żeńska część tornada, lat osiem,  szybko przypomniała sobie o tym, że jest głodna. Wsunęła dwa talerze rosołu, zjadła dwa kotlety schabowe z ziemniakami i surówką i wypiła dwie butelki czerwonej oranżady, po czym rozparła się wygodnie na krześle i z uwagą przysłuchiwała się dyskusji dorosłych. Mnie pozostały ziemniaki bez kotleta i straszny bałagan. Kiedy mama to zobaczyła, wypchnęła nas dla bezpieczeństwa do pokoju brata, żebyśmy nie powykręcali sobie nóg i tam się pobawili, bo kuzyni nie wykazywali ochoty na wspólne układanie.

       Brat był wówczas poważnym szóstoklasistą, więc jedyną zabawkę jaką miał w pokoju był model samolotu pasażerskiego, w dodatku na resorach. Owo cudo dostał od mojej chrzestnej, która wyjeżdżała swego czasu na kontrakty do Czechosłowacji. Kiedy Bartek zobaczył samolot, bez pozwolenia wdrapał się na regał i już za chwilę siedział na dywanie, majstrując przy podwoziu maszyny. Zafascynowany możliwościami zabawki nie zauważył, kiedy moja mama weszła do pokoju i dała nam tabliczkę czekolady. To pewnie śmieszne, ale pamiętam błękitne, wysuwane opakowanie, pod którym w pergaminowym papierze kryła się mleczna rozkosz. „Poczęstuj Asię i Bartka!” – usłyszałam. Posłusznie rozpakowałam tabliczkę, łamiąc uprzednio jej początek na kilka kostek. Podsunęłam czekoladę kuzynom, którzy jednocześnie wyciągnęli dłonie; na końcu ja- jak na gospodarza przystało. Nie zdążyłam przełknąć słodkiej kosteczki, gdy Aśka wyrwała mi tabliczkę z rąk, odsunęła do końca opakowanie i wpakowała sobie do ust niczym kanapkę. Z apetytem pochłaniała kolejne rzędy  czekoladowych kostek, wprawiając mnie w osłupienie. Przecież ta czekolada miała być jeszcze na później i dla nas wszystkich! Co za barbarzyństwo! Gdybym była sama, to delektowałabym się nią jeszcze ze dwa dni! Aśka, przeżuwając ostatnie kostki, rzuciła zgniecione w kulkę opakowanie po czekoladzie na stół, po czym poczłapała do rodziców, bo już jej się nudziło – my nie mieliśmy "nawet" kolorowego telewizora, „lalki mam brzydkie”, „Bartek jest głupi”, więc chciała wracać do domu. Dorośli chcieli jeszcze chwilę posiedzieć, więc ciotka przyszła do pokoju, udobruchać Aśkę resztką swojego kotleta i obietnicą czekolady, która miała czekać na nią w domu. Aśka zaczęła się mazać, a ciotka Wanda zainteresowała się nagle samolotem i cicho siedzącym Bartkiem, stawiając brata za wzór. Kiedy spytała Bartka, co to za samolot, gówniarz bezczelnie odpowiedział: „To mój! Kasia mi dała!” Ciotka ucieszyła się szczerze, ucałowała mnie po matczynemu w czoło, otumaniając mi zmysł węchu słodką chmurą perfum, a ja wiedziałam, że mam... PRZESRANE! Samolot był świętością brata, a jak wiadomo, świętość brata jest nietykalna, zwłaszcza pod jego nieobecność...

      Barbarzyńcy wkrótce sobie pojechali, zostawiając pobojowisko w naszym pokoju i w moich uczuciach. Za rzekome podarowanie kuzynowi bezcennego samolotu dostałam niezłą burę, na nic zdały się moje tłumaczenia.

      Miałam ich już nigdy więcej nie zobaczyć. W 1984 roku, tuż przed Gwiazdką wyjechali na wycieczkę do Grecji, a stamtąd, po trzymiesięcznym pobycie w obozie dla uchodźców, wyemigrowali do Australii, gdzie mieszkał ojciec ciotki. Marzenie Wandy ziściło się – w końcu będzie mogła leżeć nad brzegiem basenu i odchudzać się, jedząc same mandarynki – owoce na ów czas tak egzotyczne, że znałam je tylko z nazwy. W rzeczywistości dostała fizyczną pracę w pralni, wujek początkowo pracował jako budowlaniec, później załapał się na pomocnika w jakiejś polonijnej piekarni. Aśka skończyła szkołę pielęgniarską i dwukrotnie leczyła się w klinice odchudzającej, bez większych efektów. Bartek jest absolwentem szkoły  wojskowej, ożenił się i mieszka gdzieś w Nowej Południowej Walii. Przez  bez mała trzydzieści lat żadne z nich nie odwiedziło kraju, z którego wyjechali, goniąc marzenia o lepszym życiu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Barbarzyńcy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 marca 2011 17:59
  • poniedziałek, 14 marca 2011
  • piątek, 11 marca 2011
    • Zguba

      To był piękny, czerwcowy dzień. Słońce obudziło mnie mocnym blaskiem, który zwiastował rychłe nadejście wakacji. Mama weszła do pokoju i mobilizując mnie słowami „Wstawaj, zobacz jakie piękne słońce!” otworzyła na oścież okno. Zmrużyłam leniwie oczy, bo słońce operowało jeszcze mocniej, wdzierając się bezczelnie w uwolnioną od jasnych zasłon przestrzeń okna. Do pokoju wpadł rześki powiew powietrza, nasycony zapachem rosy i przekwitającego bzu, który  od kilkunastu lat rozrastał się na podwórzu sąsiadów. Z kuchni dochodził gwizd czajnika i szum porannej audycji  Sygnały Dnia. Mama rozścieliła sfatygowany pled z frędzlami, jedyną pamiątkę po swojej babci,  na szerokim parapecie, po czym wzięła poduszkę ze swojej kanapy, wyrównała ją starannie i rozłożyła na połowie okna. To samo zrobiła z moją poduchą, ciepłą jeszcze od spokojnego snu dziecka. Przeciągnęłam się rozkosznie i powędrowałam ochoczo do łazienki. Taki ranek i perspektywa wakacji działały zawsze mobilizująco. Kiedy wróciłam z łazienki, pokój był już przewietrzony, a na moim  niepościelonym jeszcze łóżku, w nogach, piętrzyła się złożona na czworo kołdra mamy, brata i poduchy z gościnnego pokoju, które na co dzień trzymane w schowku wersalki,  mama postanowiła również przewietrzyć. Jak w rosyjskiej bajce ludowej! – pomyślałam patrząc na efektowną piramidę z pościeli.

      Popołudnie było prawdziwie upalne. Wróciwszy do domu, zdjęłam zakurzone skarpetki, które parzyły moje stopy w sandałach z czerwonych, skórzanych pasków. Szybko zjadłam odgrzany  naprędce przez mamę obiad, odrobiłam lekcje i z kluczem w kieszeni oraz  foliowym workiem pobiegłam na dwór. Razem z koleżankami miałyśmy zrywać kwiaty do sypania. To był już piąty dzień oktawy Bożego Ciała i zapasy zrobione przed czwartkowym świętem skończyły się, a że dzieci na nabożeństwo w tygodniu przychodziło o połowę mniej, mniej było też „surowca” do sypania, przynoszonego na z dnia na dzień. Natura jednak nie poskąpiła kwiatów, bo na skutek gwałtownie wysokich temperatur późna wiosna jeszcze się nie skończyła, a rośliny zwiastujące lato już rozkwitały. Zatem zrywałyśmy kwiaty bzu, jaśminu, głogu, dorzucając do plastikowych toreb fioletowy i różowy łubin, płatki maków ogrodowych, piwonii, dzikich róż, a z łąk targałyśmy kilogramy główek rzeżuchy łąkowej, stokrotek, koniczyny i  - rozsianego niemal przy każdej ścieżce i w każdym rowie  - podagrycznika pospolitego. Tych kilka pierwszych dni czerwca niesamowicie połączyło obie pory roku, co czuć było szczególnie, kiedy odchyliłyśmy z Józią wierzch foliowego worka: słodki, ciężki aromat kwiatów, duszonych niemal w sosie własnym, drażnił niemiłosiernie nozdrza. Zapach ów intensywniał w kościele. Woń kwiatów przesypanych do wielkiego, usłanego białym materiałem kosza,  mieszała się z wonią kadzidła, kościelnego chłodu i specyficznej woni, która wydobywała się z zakamarków kościelnych za sprawą nietoperzy, które całymi chmarami zamieszkiwały kościelne poddasze. A w miasteczku kwiatów nie sypało się z małych koszyczków, tylko idące w dwóch rzędach dziewczynki, podchodziły parami do wielkiego wiklinowego kosza, noszonego podczas procesji przez ministrantów, i garściami nabierały kwiecie, by rzucić je na koniec kilkumetrowego odcinka pod nogi księdza z monstrancją. Cały ten obrządek był dla mnie magiczny, wzbudzał przyjemny dreszcz i okropnie tremował. Trzeba było pilnować rytmu, uważać na wskazówki pani Danki, która co rok charytatywnie przygotowywała dziewczynki do sypania kwiatów, powtarzać z koleżanką do pary: święty, święty Pan Bóg Zastępów, co nie było takie proste, gdy ministranci zagłuszali nas dzwonkami, a kółko różańcowe, podążające tuż za baldachimem skrzekliwe i w czterech różnych i nie pasujących do siebie tonacjach intonowało Zróbcie mu miejsce, Pan idzie z nieba...Dopiero gdy niewielki tłumek, pachnący ziołami, naftaliną i mydłem toaletowym, niosący w pomarszczonych dłoniach, na wpół dopalone świece, dobrnął do fragmentu zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się Jego dzieciom powodzi.. cała procesja łapała jako taki rytm wokalny i pieszy.

      Tego dnia, kiedy zaniosłyśmy z Józią kwiaty do kościoła, zostało jeszcze ponad godzinę do wieczornego nabożeństwa. Chwilę poskakałyśmy w gumę, wykorzystując jako trzecią lampę na moim podwórku, po czym Józia pobiegła do domu przebrać się w białą sukienkę. Ja, umorusana po całym dniu, z zielonymi łydkami od brodzenia po soczyście zielonej trawie i siwymi od kurzu kolanami (bo co to za granie w gumę jak się człowiek nie poślizgnie na pisaku i nie wyrżnie o ziemię) postanowiłam wziąć szybki prysznic. Wpadłam do pustego domu. Mama wciąż była na działce, brat gdzieś przepadł, a w mieszkaniu czuć było chłód. Czerwcowe słońce nie rozgrzało dostatecznie starych murów, które szybko wyziębiały się podczas chłodnych nocy. Zdjęłam kolejną partię przewietrzonych poduszek z okna w moim pokoju, zwłaszcza, że powietrze zrobiło się ciężkie, duszne i wyraźnie zbierało się na deszcz. Nie wiedząc, co mam zrobić z poduchami, ułożyłam je na stosie, który już okupował moje łóżko. Powstała z niego spora góra. Łóżko stało tuż po prawej stronie od wejścia, przy ścianie, więc stosik pięknie maskował tę część pokoju. Zamknęłam okno, poszłam się kąpać, po czym szybko ubrałam na siebie koronkową sukienkę z odzysku (po wnuczce znajomej mamy z Wolnicy). Posmarowałam buzie kremem nivea, którego pokrywka pękła, spadając na lastrykowe, skromne płytki naszej łazienki. Pozostało mi tylko przygładzenie wodą sterczących pojedynczych włosów, które mama co rano zaplatała mi w grubego warkocza. Sprawnie nałożyłam sztuczny wianek, udekorowany przywiędłym mirtem i już biegłam na zbiórkę do kościoła, zwłaszcza że dzwony donośnie obwieszczały niedalekie rozpoczęcie nabożeństwa. Kiedy dochodziłam do świątyni, grube, ciepłe krople deszczu rozbijały się nieregularnie o zakurzone chodniki, a zza pobliskiej góry zamkowej straszyły jadowite błyskawice. Gwałtowna burza jednak przeszła bokiem, ledwie mocząc rozgrzane upałem miasteczko. Po krótkim, acz ulewnym deszczu nie było śladu. Zapach kwiatów, kadzidła i ozonu spowodował, że straszliwie zachciało mi się spać, co bezwiednie okazywałam, klęcząc  po procesji w drugiej ławce z przodu przed obrazem Madonny z Dzieciątkiem, który rzekomo był wyjątkowy. Niektórzy – w tym sam proboszcz –mówili, że był cudowny, bo Maryja trzymała dziecko zwyczajowo nie na lewej, lecz na prawej ręce. Nie mogłam dopatrzyć się w tym żadnego cudu, więc wyłączywszy się z obrzędów religijnych, ziewałam sobie  beztrosko i bezmyślnie, połykając końcówki nabożnych pieśni. Po mszy, lekko przytłumiona kościelnym zapachem, burzą i upałem, który doskwierał przez cały dzień, podreptałam do domu, gdzie znów nikogo nie zastałam. Zdjęłam białą sukienkę i otworzyłam okno. Na dworze było duszno i mimo dwudziestej godziny, wciąż tak jasno! Na podwórzu panowała cisza, tłumna zazwyczaj uliczka w stronę bloków opustoszała, jedynie dwie starsze panie opieszale wracały z nabożeństwa do domu, co chwilę przystając, by pogawędzić; ktoś przejechała na starym, skrzypiącym rowerze. W dali słychać było stłumione ptasie trele. Nikogo nie wypatrzyłam  na zewnątrz, przymknęłam więc jedno skrzydło okna i podreptałam do kuchni. Otworzyłam chlebak, gdzie znalazłam połówkę krzywo ukrojonego chleba. To był czasy, gdzie nie krojono chleba na kromki i obwijano go w folię, a zmierzenie się z dużym nożem z czarną rączką przewyższało moje dziecięce możliwości. Rada-nie-rada zrezygnowałam z kolacji, dobranockę i tak już przegapiłam w kościele, więc postanowiłam, że poczekam na mamę w łóżku. Strasznie lubiłam chować się pod wietrzoną na słońcu pościelą i sama nie wiem, kiedy odpłynęłam, skulona na połowie tapczanu w kłębek niczym kocię, nad którym piętrzył się ponad metrowy stos poduszek i kołder.

      Rano obudziła mnie mama. Z niedowierzaniem wypytywała, czy aby na pewno się wyspałam i czy dobrze się czuję, bo spałam jak zabita jakieś jedenaście godzin. Lekko oszołomiona stwierdziłam, że nie mam na sobie piżamki w kwiatuszki tylko białą koszulkę na ramiączkach i majtki. Spytałam się mamy, czemu tak śpię. Mama odpowiedziała tylko, że z bratem szukali mnie wczorajszego wieczoru ponad godzinę. Wróciła z działki, zobaczyła z przedpokoju rozłożone na krześle ubranko kościelne, a nie dostrzegła mojego codziennego, które zakurzone i z plamami od trawy zaniosłam do kosza na brudną bieliznę. Jako że w domu panowała cisza, a ja niezauważona spałam za stosem poduszek i kołder, rodzina zaczęła mnie szukać, bo pora jak na ośmiolatkę, była późna. Mama z bratem musieli być mocno zaniepokojeni moim zniknięciem - wypytywali o mnie dzieci sąsiadów i znajomych, obchodząc pobliskie podwórka. Brat wsiadł na rower, żeby objechać dalej położone place zabaw, a zrezygnowana mama po godzinie wróciła do domu i weszła do pokoju, aby wypatrywać mnie z okna. Po kilkunastu minutach odwróciła się i spojrzała na łóżko stojące naprzeciw okna, obłożone w połowie piramidą z poduszek, obok której pod kołdrą w paski spało sobie jej własne, rzekomo krnąbrne dziecko... Spod niedbale ułożonej kołdry wysuwała się opalona dłoń i rozczochrany warkocz, z którego sterczały resztki zwiędłego mirtu, zaplątane podczas ściągania wianka.

      W szkole wzbudziłam niemałą sensację. Starsza siostra Józi podeszła do mnie i spytała, gdzie byłam, bo pół miasteczka postawiono na nogi, żeby mnie odszukać. Ale główne pytania padały o karę, jaka mnie miała czekać za wychodzenie z domu po ósmej. Dzieci z niedowierzaniem słuchały moich tłumaczeń, że można było w biały jeszcze dzień, mając wolną chatę, zwyczajnie położyć się spać, i w dodatku nikt tego nie zauważył.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zguba”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      piątek, 11 marca 2011 20:23
  • niedziela, 27 lutego 2011
    • Albert

      Albert był chłopcem, który dołączył do nas wraz z Malwiną na początku piątej klasy. Dyrekcja szkoły postanowiła przenieść dwoje wzorowych uczniów z klasy C, do klasy B, ponieważ klasa C była zbieraniną dzieci uczących się - delikatnie mówiąc - gorzej, w kilku przypadkach z rodzin tzw. "patologicznych", do tego klasa C była mało elastyczną trampoliną, na której lądowali wszyscy ci, którzy otrzymali promocji do następnej klasy. Rekordzistce udało się to trzy razy z rzędu, zatem kiedy skończyła piętnaście lat, przeniesiono ją do hufca pracy. Dlatego też pedagodzy uznali, że rozwój intelektualny "wzorowych" z klasy C jest zagrożony, albowiem nie mają żadnej konkurencji ani skali porównawczej. Albert wydawał się być rzeczywiście wzorowym uczniem, bo jako jedyny przyszedł do nas w błękitnym fartuszku z nylonu, uszytym jak modna krótka katana, z białym szpiczastym kołnierzem, z czerwoną odznaką "wzorowy uczeń" na piersi i fryzurą na "zaczarowany ołówek". Jako jedyny, na lewym ramieniu miał przyszytą tarczę szkolną. Malwina też nosiła granatowy fartuch szkolny, w który przypominała mi stateczną, niezbyt sympatyczną panią, sprzedającą konfekcję pod szyldem Domy Towarowe Centrum.
      Kiedy przyszło zweryfikować wiedzę nowych, okazało się, że wcale tacy wzorowi nie są, ale wszelkie zadatki ku temu mają i w rok dorównali do najlepszych z piątej B. Integracja klasowa też przebiegła nader sprawnie. O ile Malwina po początkowym megazainteresowaniu ze strony żeńskiej części klasy zyskała ostatecznie poklask wąskiej grupy konformistek, Reni ufryzowanej na czeskiego piłkarza i jej psiapsiółki Mróweczki, wiecznie ściągających cudze pomysły na plastyce i jedynych, które konsekwentnie odmawiały wspólnych wagarów z okazji pierwszego dnia wiosny i które jako jedyne zostały w klasie, kiedy to niemal zgodnie, na znak buntu opuściliśmy gabinet, gdy fizyk urządzał sobie osobiste wycieczki pod naszym adresem, o tyle Albert został zaakceptowany szybko i bez zakłóceń przez całą klasę. A trzeba przyznać, że był to wyczyn nie lada łatwy, gdyż  dziewięćdziesiąt pięć procent z nas znała się jeszcze z jedynego w miasteczku, wspólnego przedszkola, z czego połowa utrzymywała również kontakty podwórkowe. Albert nie chodził do przedszkola, jedynie do zerówki przy szkole podstawowej, do tego mieszkał - jak na miasteczkowe warunki - daleko od bloków z dużym placem zabaw, gdzie mieściło się centrum dowodzenia i planowania wspólnego frontu obrony klasy piątej B. Bo klasa choć zdolna i zgrana, uchodziła za najgorszą w szkole. Z perspektywy czasu, nie była to kwestia stricte krnąbrności, lecz charakterów. Nikt z nas nie miał ochoty na przeciętność, równanie do wspólnego poziomu i wypowiadanie publicznie tego, co inni chcieli usłyszeć. Nie brakowało nam tupetu, ostrego języka i odwagi, poza wspomnianymi wcześniej lizusami. Okazało się, że i Albert przejawia takowe zdolności, a dziedzina, w której mógł się dodatkowo popisać wiedzą i ujawnić swój indywidualizm to seks i łacina kuchenna. W ciągu tygodnia od przybycia Alberta do naszej klasy, wszyscy klęli jak szewc, a na przestrzeni niespełna miesiąca zostaliśmy namaszczeni wiedzą na temat szczegółowej budowy narządów płciowych kobiet i mężczyzn, rozmnażania płciowego i uprawiania seksu, odmiennych orientacji seksualnych i tym podobnych. Aby owa nauka wchodziła nam łatwo i przyjemnie do głów, Albert używał określeń powszechnie uznawanych za wulgarne, obsceniczne i niecenzuralne. Jako lekturę uzupełniającą polecił nam filmy pornograficzne z kolekcji swojego taty, które podobno oglądał bez ograniczeń. Oczywiście nikt z nas nie był na tyle odważny, by pożyczać od Alberta filmy, bo po pierwsze w owych czasach tylko dwie osoby z naszej klasy posiadały magnetowid, a po wtóre, gdyby ktoś się jednak odważył, to Albert sam by spanikował. Jak łatwo się domyślić, status finansowy Alberta był nieco lepszy i w takich rodzinach zazwyczaj nie zapraszało się pod nieobecność rodziców kolegów i koleżanek, żeby cyt.: "nic nie zginęło". Wyjątkiem była Asia i jej rodzice, którzy mimo rodziny w Ameryce i przedsiębiorczości pana Janka, ojca Asi, nie mieli nic przeciwko naszym wizytom, prosili jednak, byśmy zdejmowali buty, nie zostawiali bałaganu i nie wyżerali wszystkich słodyczy, które Asia miewała w ilościach hurtowych.
      Albert wyróżniał się również tym, że jego ubrania były nieco bardziej kolorowe, pachniały dobrym proszkiem (a może płynem?) do prania, miał czyste paznokcie i niekiedy przynosił napoje w puszkach (sic!) do szkoły. Pewnie mieli jakąś rodzinę w "erefenie". Babcia Alberta, niejaka pani Majewska, była rodowitą Niemką, która pokochała młodego polskiego żołnierza, wyzwoliciela Ziem Odzyskanych i dzięki temu mogła pozostać w rodzinnym domu. Nauczyła się mówić po polsku i z relacji Alberta, który zawsze nazywał ją "babką" lub "stara niemrą" była ostra i często zwracała się do wnuków po niemiecku. Osobiście nigdy jej nie widywałam - babcia Alberta całymi dniami przesiadywała w swoim starym domu, nawet zastanawiałam się, czy ona naprawdę istnieje, ale moja mama, która swego czasu pracowała w Urzędzie Stanu Cywilnego potwierdziła, że babcia żyje i faktycznie z pochodzenia jest Niemką.
      Albert, mimo wulgarności, obcesowości i ohydnego traktowania dziewczyn, wyróżniał się czymś jeszcze, co całkowicie przeczyło jego codziennej osobowości. Dobrze pisał wypracowania, był niezły z biologii i chemii, uzdolniony plastycznie i niesamowicie interpretował poezję. Jak wiadomo, oprócz rozbiorów zdań współrzędnie i podrzędnie złożonych, które wałkowaliśmy do znudzenia przy każdej okazji aż do ukończenia szkoły, nasza polonistka nie omieszkała zahaczyć o interpretację teksu. Kiedy większość klasy przypisywała perełkom polskich poetów oczywiste znaczenia, Albert zaskakiwał świeżością rozumowania i osobistego odbioru. Niechętnie i z pewnym dystansem odsłaniał kobiecą wręcz wrażliwość swojej duszy - wezwany do odpowiedzi mówił półsłówkami, ale polonistka potrafiła wyciągnąć z niego więcej. Oficjalnie trzymał z chłopakami, ale kiedy udało mu się przez chwilę być normalnym, nie uśmiechać się głupkowato, nie parodiować gejów, nie przeklinać, nie kojarzyć każdego słowa z kopulacją i nie strzelać nam w plecy ramiączkami od staników, okazywał się być fajnym kompanem do rozmów, dowcipnym i uważnie słuchającym.
      W połowie siódmej (a może szóstej) klasy, po feriach zimowych Albert nie wrócił już do szkoły. Wraz z rodzicami i bratem wyjechał "na pochodzenie" do Niemiec Zachodnich, pozostawiając kamienny domek przy ulicy Chopina z babką-Niemką, której wciąż nie miałam okazji poznać. Pojawił się w miasteczku w wakacje, chyba po ósmej klasie, kiedy nasze szkolne drogi rozeszły się. Nadal jednak utrzymywaliśmy kontakty, spotykaliśmy się niemal codziennie, organizowaliśmy ogniska, jeździliśmy bez prawa jazdy po miasteczku przerobioną przez Rajmunda na cabrio Syrenką, okupowaliśmy ławeczki przy blokach, a wieczorami ukradkiem popijaliśmy piwo. To były jedne z fajniejszych wakacji w życiu. Albert z powrotem wrósł w nasze towarzystwo, nadal uśmiechał się głupkowato, ale nie był już tak wulgarny i wyglądem wyraźnie od nas odstawał, zwłaszcza od męskiej części naszej paczki. W przeciwieństwie do raczkujących intelektualistów z przetłuszczającymi się włosami, we flanelowych koszulach w kratę, wątpliwej jakości dżinsach i zamszowych, sznurowanych trzewikach (okropne to było!!!), Albert był świetnie ostrzyżony, pachniał gustownie, dbał o swoją lekko trądzikową cerę za pomocą specyfików, na których wciąż widniało Made in West Germany; jako zadeklarowany fan Depeche Mode nosił świetną skórzana kurtkę, markowe dżinsy i masywne buciory z błyszczącymi blachami na wierzchu, zawsze miał przy sobie walkmana z oryginalną kasetą Violator. Kiedy spotykaliśmy się przy ognisku nieopodal lasu - mieliśmy takie własne miejsce, gdzie zawsze pokolenia młodzieży organizowały ogniska z zachowaniem wszelkich harcerskich zasad bezpieczeństwa - przychodził bardziej wyluzowany, w szarej bluzie z ogromnym logo adidasa na piersi. Nieodłączną częścią owych spotkań było śpiewanie przez nas piosenek, a ponieważ niemal wszystkie dziewczyny z mojej klasy plus Sebastian należeliśmy od zawsze do szkolnego chóru, wałkowaliśmy takowy właśnie repertuar, w nieco karykaturalny sposób, i wciąż na dwa głosy. Potem oczywiście jak na typowo polskiej biesiadzie, musieliśmy przemaglować Górala, Dzieweczkę z Laseczka, pieśni wojennej Warszawy, na Rocie Konopnickiej skończywszy, przy czym Rotę zawsze śpiewaliśmy na stojąco, z ręką na sercu i pełnym decybeli zaangażowaniem. Przy słowach Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz... Albert miał markotną minę, raz nawet łzy w oczach. Do dziś zastanawiam się, czy odbierał to osobiście, czy rozumiał, że za cenę lepszego życia stracił coś, czego tam na Zachodzie nie zaznał. To tak jak z pierogami: kiedy zjesz gdzie indziej, owszem, smakują, ale nie tak bardzo jak te domowe, które zrobiła mama, czy babcia.
      Albert nigdy nie wywyższał się tym, że ma lepszy status materialny niż my. Kiedy komuś z nas zabrakło kasy na oranżadę, piwo, czy bilet - zawsze pożyczał, nigdy nie domagając się zwrotu, zawsze częstował nas słodyczami. Kiedy Michael Jackson w ramach Dangerous World Tour przyjechał do Kolonii, dwa dni koczował przed wejściem stadionu Mungersdorfer, by w końcu zająć miejsce w sektorze niemal przy samej scenie. Albert opowiadał o tym jak o przygodzie, nie było w tym cienia szpanu czy ekstrawagancji. Co rok wyjeżdżał na egzotyczny urlop z rodzicami, którzy po rodzinnych wakacjach przywozili go do miasteczka lśniącą ciemnoczerwoną Toyotą z wszelkimi technicznymi bajerami. Niechętnie opowiadał o swoich nowych znajomościach szkolnych. Wyczuwałam, że nie jest tam w pełni akceptowany, dlatego tak chętnie spędzał przynajmniej miesiąc wakacji z nami, w miasteczku. Kiedy przyjechał na któreś z kolei wakacje, a byliśmy już wtedy pełnoletni, bardzo się zmienił. Szczytem jego marzeń przestała być medycyna i wyjazd na stypendium do USA. Bardziej fascynował go jego własny udział w jakimś show w telewizji VIVA, gdzie podobno jakiś znany niemiecki fryzjer go ostrzygł na wizji, co rzekomo faktycznie miało miejsce, bo była to era satelitarnych grzybów - cały rynek w miasteczku był obwieszony antenami do odbioru telewizji satelitarnej firmy Arcon, o blokach nie wspominając. Ktoś już przed jego przyjazdem mówił, że widział Alberta w studiu VIVA. Do tego Albert nie rozstawał się z piwem w puszce, które miał zwyczaj nosić w papierowej torebce. W kieszeniach zawsze miał skręta i hodował marihuanę w doniczkach, u babci z tyłu domu. Przyjeżdżał też na krócej, bo wraz z nowymi przyjaciółmi wybierał się na to Ibizę, to znów na Majorkę. Trudno mu się dziwić - my też spotykaliśmy się właściwie tylko z okazji rozpoczęcia wakacji na ognisku, czcząc tym samym rocznicę zakończenia sławetnej ósmej klasy, część dziewczyn zaliczyła wpadkę i powychodziła za mąż, ja, Bob i Krzysztofki wyjeżdżaliśmy podczas wakacji do pracy, Wojtek na obóz tenisowy, Magda po epoce nieustannego pielgrzymowania i oazowania, wpadła w kolejną skrajność i jako rockowa hippiska zaliczała Jarociny, Woodstocki inne tego typu plenery. Albert nie miał więc zbyt wielu okazji do spotykania się z kimkolwiek z nas, a ci, co byli na miejscu, z racji zmiany priorytetów nie mieli z nim zbyt wielu tematów. Może za wyjątkiem Sebastiana - ten spokojny, skromny, nieco fajtłapowaty chłopak, będący swego czasu przedmiotem drwin i paszkwili z naszej strony, okazał się być fajnym kompanem, z ogromnym dystansem do siebie jako osoby, która uczyła się w niższym seminarium duchownym. Sebastian, po kolejnym wyczerpującym roku nauki korzystał z dobrodziejstw wolnego czasu i chętnie spotykał się z nami, a najczęściej z Albertem, który niegdyś był jego najokrutniejszym prześladowcą. Sądzę, że połączyła ich ta sama wrażliwość, choć mentalnie i fizycznie znajdowali się na dwóch różnych biegunach. Przy Sebastianie Albert łagodniał. Ja też bardzo chętnie wykorzystywałam beztroskie wakacje na spędzanie czasu z dawnymi przyjaciółmi - właśnie wróciłam z saksów, umówiłam się z Albertem, który zostawił wiadomość mojej mamie, że jest już w miasteczku. I wtedy poznałam wreszcie babcię Alberta. Była to starsza siwa pani, niska, o czerstwej i zaciętej twarzy, ale z dowcipnymi chochlikami w oczach. Kiedy weszłam do ciemnego, zimnego korytarza, zignorowała moją osobę, ale gdy Albert powiedział jej (po niemiecku oczywiście), że znam jej rodzimy język, natychmiast zagadała do mnie z uśmiechem per Mädel (niem. dziewczyna). Pochwaliła szkołę w której uczą niemieckiego, poczęstowała czekoladkami i spytała, czy wiem, jaki był jej najpiękniejszy moment w życiu. Z osłupienia zdołałam tylko przecząco kiwnąć głową, a pani Majewska z entuzjazmem powiedziała, że najpiękniejszy moment jej życia to ten, kiedy jako nastoletnia dziewczyna udała się do Oberschreiberhau (Szklarska Poręba) bo przejeżdżał wtedy pociągiem jej ukochany Führer, a ona mogla stać i salutować wodzowi, którego zobaczyła na żywo w oknie pociągu...Po czym zabrała czekoladki, wypchnęła nas na dwór i powiedziała, żebyśmy jej nie przeszkadzali, bo zaraz zaczyna się Glücksrad (niem. Koło Fortuny). W głębi sieni słyszałam jeszcze, że po upadku tej "czerwonej zarazy", przynajmniej tyle z życia ma i że zestaw do odbioru niemieckiej telewizji to najlepszy prezent, jaki dostała od córki i zięcia na gwiazdkę.
      Pewnego razu Albert już nie przyjechał. Pani Majewska zmarła, dom sprzedano, a rodzice Alberta kupili sobie niewielkie mieszkanie w nowiutkiej kamienicy tuż obok mnie, bo lubili wracać w rodzinne strony, odwiedzać przyjaciół a przede wszystkim grób pani Majewskiej, jej męża oraz ich starszego syna. Albert podobno bywał w tym mieszkaniu przejazdem, pod nieobecność rodziców, z mocno podejrzanym towarzystwem.
      Dwa lata temu spotkałam dawną koleżankę z klasy B. Poprzez portal społecznościowy kontaktowała się z młodszym bratem Alberta. Podobno Albert miał problemy  - porzucił szkołę, zaczął ostro imprezować, a że zioła były za słabe, przerzucił się na twardsze używki. Podobno nawet brat nie ma z nim kontaktu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 lutego 2011 18:31
  • środa, 17 maja 2006
    • Kiełbaski, Czarnobyl i majowe festyny

      Pierwszy tydzień maja niezmiennie od niemal piętnastu lat obfituje w festyny z okazji Święta Pracy i rocznicy ustanowienia Konstytucji Trzeciego Maja. Ile w tym świętowania, a ile czystej rozrywki - czytający ten wpis wiedzą najlepiej. Jeśli tylko pogoda dopisuje, nieoficjalnie zaczyna się sezon grillowy i piwny, obojętnie, które z świąt celebrujemy. Wszędzie pełno namiotów z dymiącymi kiełbaskami, pieczonym mięskiem, piwem serwowanym w plastikowych kubkach i kubłami, które nie są w stanie pomieścić odpadów. Jest okazja, żeby się spotkać ze znajomymi, wypić złote piwo w promieniach słońca, popatrzeć na mierne występy młodzieży z domu kultury (to najlepszy dowód o stanie naszej kultury) i zrujnować się na atrakcjach dla najmłodszych: kupując balony za dziesięć złotych i bilety wstępu na wszelkiej maści dmuchane baseny z kulkami, pałacyki, zjeżdżalnie itp.
      Dawniej świętowaliśmy tylko 1 Maja, a koronnym punktem dnia był pochód. Nawet w miasteczku. Pamiętam jak mama zabierała mnie przed piętnastą z przedszkola, kupowała mi w kiosku biało-czerwoną chorągiewkę na patyku , za pięćdziesiąt groszy i maszerowałyśmy spod Urzędu Miasta pod pomnik bohaterów Armii Ludowej, jakieś sto metrów może, ale pochód był.
      Pewnego razu, a dokładnie w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, festyn pierwszomajowy po raz pierwszy przerodził się majowy długi weekend. Wprawdzie pierwszy maja przypadał w niedzielę, ale już w piątek decyzją miejscowej Rady Narodowej dzień pracy skrócono i pracownicy miejscowych zakładów czynnie wzięli udział w przygotowaniach do wielkiego festynu pierwszomajowego. Jedni rozstawiali scenę na rynku, inni stoisko z własnymi produktami, a pracownicy GS rozłożyli kuchnię polową, gdzie można było nabyć za bilety Narodowego Banku Polskiego gotowaną kiełbaskę na gorąco z musztardą i chlebem, jakąś zupę oraz napoje gazowane i chyba nawet piwo.
      Pojawiły się kramy z rozmaitościami typu broszki i ozdoby do włosów z modeliny, z zabawkami odpustowymi i watą cukrową - wszystko w oprawie specjalnego programu ku czci majowego święta, który przygotowali nauczyciele wraz z uczniami ze szkoły podstawowej. W sobotę od rana na boisku rozgrywano mecze piłki nożnej między drużynami z rejonu, delegacje miejscowych urzędów i zakładów brały udział w mini-olimpiadzie sportowej dla ludzi pracy. Trochę komicznie wyglądali dorośli, którzy w kusych dresach marki Polsport na wyścigi skakali w workach. Po południu zaś, ciągle coś działo się na scenie miejskiej: a to kabaret, a to koncert zespołu Koła Gospodyń Wiejskich z Sąsiedniej Wsi, a to popisy tancerzy z miasta rejonowego,  a wieczorem można było samemu potańczyć pod chmurką - grał zespół, którego stylizacja sięgała do lat siedemdziesiątych: pekaesy i spodnie- dzwony oraz nieco dłuższe włosy i wąs ala Krzysztof Krawczyk. Repertuar też.
      To wszystko było nader podejrzane, zwłaszcza ta kiełbasa, bez kartek, bez ograniczeń, dla wszystkich, i na którą stać było niemal każdego. Jeśli zabrakło, to dowieźli. Moja mama wietrzyła podstęp i już w piątek mówiła do brata, że coś jej nie pasuje. Szydło wyszło z worka w niedzielę, kiedy to po południu i po pochodzie pierwszomajowym, który naturalnie miał miejsce o godzinie odprawiania w kościele Sumy, dyrektor domu kultury wraz z dyrekcją szkoły zapraszał kolejne klasy do ośrodka zdrowia na profilaktyczne picie jodu w takich śmiesznych szklanych kieliszkach. Dlaczego klasy? - Niedziela, pierwszego maja, była dniem, kiedy o dziewiątej mieliśmy się stawić w szkole, pani sprawdzała obecność a usprawiedliwieni z absencji byli tylko dojeżdżający. Naszym zadaniem był oczywiście udział w pochodzie oraz robienie tłumu na rynku. Zresztą zapowiedziano nam mnóstwo atrakcji, więc przyjście do szkoły i grupowe wyjście do miasta było dla nas całkiem miłą perspektywą.
      Około szesnatsej poszliśmy więc do ośrodka zdrowia, świetnie poinformowani przez poprzedników, że jod to ohyda, a kogo brakowało ze strachu lub przyczyn obiektywnych, miał stawić się na drugi dzień. Nauczyciele wyjaśniali nam, że w Związku Radzieckim był wypadek w elektrowni, że oczywiście nic nam nie grozi, ale tak dla pewności dzieci powinny wypić lekarstwo, bo mogą się rozchorować, gdyż nie są tak silne jak dorośli. Mama czuła, że to nic dobrego, zresztą przez ostanie dni narzekała na fizyczne pogorszenie zdrowia- było jej słabo i bardzo bolała ją głowa, ale zrzucała to na karb przepracowania w ogrodzie i przemęczenia ogólnego. Kiedy usłyszała o Czarnobylu, była pewna, że jej samopoczucie i nasze popijanie jodu oraz kiełbaski na festynie mają coś z tym wspólnego i że tak naprawdę nikt nie wie o co chodzi z tą elektrownią atomową i co to jest ta awaria.
      O tej katastrofie do dziś powiedziano już wiele, wtedy prawie nic. Dla mnie namacalnym skutkiem było to, że mama mojego kolegi poroniła pod koniec piątego miesiąca ciąży. Aborcja sprawiła, że mama Jarka już nigdy potem nie mogła urodzić dziecka i na zawsze straciła ten blask z pięknych, ciemnych oczu... Justyna miałaby dziś prawie dwadzieścia lat...
      Pisząc o festynie pierwszomajowym i patrząc na sterty śmieci, zwożone po współczesnych imprezach tego typu, a które potwierdzają nasze konsumpcyjne charaktery dosłownie i w przenośni, sięgam pamięcią do czasów, o których piszę, kiedy pod względem ekologii moglibyśmy przodować. Jak człowiek kupował loda na patyku, to był to PATYK a nie kawałek plastiku udający patyk. Czy patyk może być plastikowy? Kiełbaskę podawano na kartonowych tackach, do tego drewniany widelec. Piwo pijano z butelki, barszczyk podawano w papierowych kubkach. Lemoniadę rozlewano do butelek z kaucją, nawet te półtoralitrowe były na wymianę. Pamiętam zbiórki kapsli w sklepie i prężnie działające skupy makulatury - szczerze mówiąc, widziałam współcześnie tylko jeden w byłym mieście wojewódzkim, które liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. W warzywniaku warzywa pakowano w brązowe papierowe torebki, w spożywczym cukierki na wagę przesypywano w tutki, mięso i wędliny zawijano w papier, a nie w te ohydne worki jak dziś, z których, po dłuższych zakupach człowiek wyciąga ociekające wodą mięso z prawdziwym obrzydzeniem - już nie raz miałam obiekcje, czy nie zostać wegetarianką. Aż przyszedł rok dziewięćdziesiąty i po otwarciu granic zachłysnęliśmy się Zachodem w postaci butelek PET, wszelkich plastikowych pudełeczek, woreczków, sztućców i tym podobnych utensiliów, które rozkładają się w środowisku setki lat - zrobiliśmy z siebie wysypisko śmieci dla Europy Zachodniej, która właśnie zaczęła wprowadzać do makdonaldów drewniane widelczyki do frytek i papierowe kubki do kawy...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kiełbaski, Czarnobyl i majowe festyny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      środa, 17 maja 2006 22:37
  • niedziela, 30 kwietnia 2006
    • 31 lat temu....

                  
      ...i obfitował w wiele ciekawych wydarzeń:

      - powstał nowy podział administracyjny kraju na 49 województw

      - w Warszawie oddano do użytku milionowe mieszkanie spółdzielcze

      - otwarto Rafinerię Gdańską, najnowocześniejszy obiekt tego typu w Polsce

      - Polskie Radio nadało tysięczny odcinek popularnego słuchowiska "Matysiakowie"

      - statki kosmiczne Apollo i Sojuz połączyły się w przestrzeni kosmicznej

      - po ośmioletnie przerwie, spowodowanej blokadą egipsko-izraelską ponownie otwarto Kanał Sueski
      -
      ONZ proklamowało Rok Kobiety
      -
      w XXVII Wyścigu Pokoju po raz kolejny zwyciężył Ryszard Szurkowski
      -
      Japonka Junku Tabai została pierwszą kobietą, która zdobyła Mount Everst
      - film "Noce i Dnie" Jerzego Antczaka otrzymał nominację do Oscara
      -
      Krystian Zimerman został laureatem IX Konkursu im. Fryderyka Chopina
      -
      liczba mieszkańców Polski wynosiła 34 200 000, a urodziło się 646 400 dzieci,
      co było kontynuacją tendencji w wyżu demograficznego, zapoczątkowanego w roku 1974.

      A teraz moje dziecko ledwie dostało się do przedszkola, bo brakuje miejsc, gdyż na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się niż demograficzny i wskutek reform polikwidowano przedszkola, nikt jednak nie pomyślał, że przedszkola znów będą przepełnione, bo niech członkowie pokolenia wyżu z lat siedemdziesiątych mają tylko po jednym dziecku.....(moja osobista dygresja)

      Średnia płaca wynosiła 3562 zł, a ceny kształtowały się następująco:
      chleb - 4 zł
      mleko - 2,90 zł
      piwo - 3 zł
      coca-cola 5 zł
      czekolada - 19 zł
      banany - 45 zł
      papierosy "Sport" - 6 zł
      pasta do zębów "Pollena" - 12 zł
      trwała ondulacja - 90 zł
      bilet na pociąg osobowy 100 km 2 klasa - 60 zł
      samochód Fiat 126p - 67 700 zł, na który trzeba było pracować 19 miesięcy czyli ponad półtora roku...*

                  

      * informacje pochodzą z zabawnej kartki, którą dostałam od Chrzestnej, na ile są wiarygodne - nie zdążyłam sprawdzić, ale na kartce była informacja, że reżyserem nominowanego do Oscara filmu "Noce i dnie" był Andrzej Wajda :)

      A 61 lat temu Adolf Hitler popełnił samobójstwo, ale tak daleko wstecz nie zamierzam blogować!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „31 lat temu....”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 kwietnia 2006 23:29
  • sobota, 15 kwietnia 2006
    • Wielkanoc

      Trudno nie kojarzyć Wielkanocy z wiosną, zwłaszcza w Miasteczku. Mimo jedynego i słusznego światopoglądu, który od zakończenia wojny panował w naszym kraju, to właśnie z okazji Wielkanocy w Miasteczku pojawiała się większa ilość osób, które sprzątały po zimie: wymiatały piach z chodników i nadbrzeży ulic, czyściły trawniki i skwery, na których pojawiały się pierwsze wiosenne bratki. Jeśli się zastanowić, to pod względem ilości świąt kościelnych, ustawowo wolnych od pracy, mieliśmy chyba najwięcej z krajów byłej RWPG, co było z pewnością przejawem łaskawości władzy, która zapewne nie chciała drażnić szczególnie wrażliwego na punkcie religijności narodu.

      W sobotę przed Niedzielą Palmową zakłady pracy organizowały czyny społeczne. Jako uczennica szkoły podstawowej dwa razy w roku, w tym pod koniec marca, miałam wątpliwą przyjemność sprzątania szkolnego podwórka i terenów wokół. Wszyscy oprócz mnie się cieszyli, bo nie było lekcji, ja po stokroć wolałam siedzieć w ławce i rozwiązywać znienawidzone zadania z fizyki, niż wdychać kurz i grabić trawnik pełen śmieci i psich odchodów. Toteż plusem tamtych czasów był widoczny porządek w miasteczku. Z perspektywy czasu owe „czyny” nie były wcale głupim pomysłem, bo jak się wtedy człowiek namachał miotłą czy grabiami, to potem pięć razy zastanowił się, nim wyrzucił jakiś papierek, wypalony papieros czy butelkę na ulicę, o wszechobecnych współcześnie łupinach od słonecznika nie wspominając...Ponadto w Miasteczku z okazji Wielkanocy pojawiały się odnowione kosze na śmieci, których nie sposób było nie zauważyć – miejski zakład komunalny regenerował je malując na dosyć intensywne kolory. Którejś wiosny na ulicach pojawiły się pomarańczowe kubełki z olbrzymim różowym kwiatem, w środku którego widniało logo zakładu.

      Świąteczna krzątanina widoczna była również na podwórkach. Moja mama bez skrupułów pukała do sąsiadów i zapraszała do sprzątania podwórka. I jak co roku towarzyszyła jej jedynie pani Danka spod jedynki, Pani Zosia i jej mama, która mieszkała bezpośrednio pod nami i moja Babcia-niania, mieszkająca na tym samym piętrze. Kiedy energiczne Panie popaliły zaschnięte badyle spod płotu, okazało się, że mimo gąszczu i śmieci, wiosna dotarła nawet tam. Kępki przebiśniegów i śnieżyczek mogły wreszcie wychylić główki ku słońcu, forsycje rozkładały gałęzie, na których widać już było złociste kwiatuszki, a migdałowiec oswobodzony z chaszczy wypuszczał pąki kwiatowe. Na podwórku obok sąsiedzi rozkładali metalową beczkę i budowali u jej dołu komin z cegieł, stawiając je ciasno jedna obok drugiej, skąd unosił się smakowity zapach wędzonych wędlin. Bo z okazji Wielkanocy, kto tylko mógł, załatwiał sobie pół świniaka i przerabiał go na wyśmienite wędliny, według reguł fizyki: z kilograma surowego mięsa powstawało wówczas około sześćdziesięciu dekagramów wybornej szynki, czego niestety dziś nie praktykuje chyba żadna masarnia, zmieniając parszywie proporcje. Nasz sąsiad który nomen-omen nazywa się Smoliński, użyczał wówczas owej nieskomplikowanej maszynerii i mogliśmy pod jego fachowym okiem uwędzić szynkę, baleron, boczek i karkówkę, a że chętnych było więcej, nęcący zapach podrażniał wyposzczone nozdrza blisko trzy dni przed wielkanocną niedzielą. Smaku i aromatu tamtych wędlin nie zapomnę chyba nigdy.

      W moim domu prace porządkowe i plan pieczenia ciast przebiegał zawsze według tego samego schematu: środa – stanie w kolejkach po wszystko, czwartek – stanie w kolejkach, pieczenie mazurków, piątek – stanie w kolejkach i pieczenie bab drożdżowych, a po powrocie z wieczornego nabożeństwa malowaliśmy z mamą i bratem jajka. Sobota – dekorowanie mazurków i stanie w kolejce po chleb, chyba, że mama zdążyła zapisać się w czwartek na listę u Pani Głońskiej, wtedy trzeba było tylko odebrać złocisty, bochenek z zaplecza piekarni. Jeśli brat był pod ręką, szliśmy razem do pani Hanki po kontener oranżady w szklanych butelkach, jeśli nie, prosiłam Stasia, sąsiada z dołu, który pomagał mi bezinteresownie. Dziś nie ma już takiej oranżady (ani bezinteresownych sąsiadów), żółtej lub czerwonej, w butelkach z brązowego i zielonego szkła. Napój miał co najwyżej miesięczny termin przydatności i potrafił się zepsuć. Dzisiejsze pseudo-napoje – bo ciężko uwierzyć że coś, co składa się z wody i jakichś tam „E” z numerkiem przeznaczone jest do spożycia przez ludzi – potrafią otwarte stać miesiąc i nie zmieniają swego smaku, chyba, że z butelki ucieknie dwutlenek węgla.
      Kwietniowe słońce przygrzewało dosyć mocno, zwłaszcza w miasteczku położonym w dolinie, która skutecznie chroniła mieszkańców przed wiosennymi wichurami, dlatego z powodu ciepła wynosiliśmy skrzynkę z oranżadą na wychłodzony strych, gdzie mama przechowywała również wszelkie wielkanocne delikatesy swojej roboty, aby nie wodziły nas na pokuszenie, zwłaszcza po spowiedzi wielkanocnej. Aczkolwiek chwila próby zawsze przychodziła w chwili święcenia pokarmów, kiedy to w przybytku bożym unosił się zapach wszelakiego dobra, ukrytego w koszyczkach przyozdobionych nakrochmalonymi serwetkami. Wówczas miałam prawdziwe rozterki, czy aby na pewno zgrzeszę, jeśli uszczknę choć odrobinę wybornej szyneczki, skoro ta została już poświęcona.
      Noce były jeszcze zimne, stąd strych świetnie sprawdzał się w roli spiżarni, wobec tego wczesnym wielkanocnym przedpołudniem znosiliśmy owe smakołyki na śniadanie, które niemal zawsze celebrowaliśmy we trójkę. Apetyty dopisywały, bowiem od najmłodszych lat mama ciągnęła mnie półprzytomną i brata na poranną Rezurekcję. Do tego jeszcze łaskawa telewizja serwowała nam kreskówki Disneya, my popijaliśmy oranżadę w kieliszkach do koniaku, bo czułam się wtedy bardziej dorosła i tak właśnie wyglądała pełnia szczęścia radości podczas wiosennych świąt w moim domu. Tradycyjnie bawiliśmy się w stukanie jajkami a potrawą numer jeden były wędliny na ciepło z ziołami i ręcznie utartym w sobotni wieczór chrzanem, które to od zawsze podawano na stołach moich ukraińskich przodków. Nawet rodzina mojego ojca , która z pogardą odnosiła się do zwyczajów i tradycji pielęgnowanych przez bliskich mojej mamy, - jako że byli (podobno) „lepiej urodzeni” - łaskawym okiem i nieudawanym apetytem doceniała tę specjalność wielkanocną, którą mama serwowała także w drugi dzień świąt, jeśli akurat przyjeżdżali z wizytą.

      Kiedy tylko pogoda dopisywała, każde wielkanocne popołudnie wychodziłyśmy z mamą na spacer, poobserwować wiosnę, nazrywać bazie i odwiedzić groby naszych bliskich. Spotykałyśmy wtedy wielu uśmiechniętych znajomych – trudno o niewielu w tak małej mieścinie - a gdy uważnie przyjrzeć się przechodniom, każdy miał na sobie coś nowego; a to płaszczyk ze sklepu Pani Zosi, a to garsoneczkę w pepitkę, którą „rzucili” miesiąc wcześniej do Pani Urbańskiej, a to znów pantofelki z niebieskiej skórki, które rozeszły się w oka mgnieniu, mimo, że pani Krysia z obuwniczego cały dzień poprzedni przyjmowała towar – słowem – na każdym kroku czuć i widać było wiosnę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wielkanoc”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      setorika
      Czas publikacji:
      sobota, 15 kwietnia 2006 22:23

Kanał informacyjny


































PustaMiska - akcja charytatywna





5 dla Laury