wspominki z czasów dzieciństwa czyli życie na prowincji
Kategorie: Wszystkie | Miasteczko | Ona czyli ja | Smaczki PRLu | Z sieci
RSS
sobota, 23 sierpnia 2008
Franek Kimono

...czyli de facto pierwszy raper w Peerelu :)

O tym, że Franek Kimono jest wiecznie żywy, może świadczyć nie tylko jeden z seksistowskich hitów tego lata pt. "W aucie", ale i fakt, że znalałam w sieci oficjalną stronę Franka. Mnie Franek kojarzy się też z kawałkiem "Pola Monola + Coca Cola", w którym tyle było "zagranicznych" słów, z Listą Przebojów Dwójki i z wygłupami na szkolnej przerwie - każdy jak umiał, walczył z powietrzem, śpiewając: "ja jestem king brus li karate miszcz".
13:07, setorika , Z sieci
Link Komentarze (1) »
środa, 17 maja 2006
Kiełbaski, Czarnobyl i majowe festyny
Pierwszy tydzień maja niezmiennie od niemal piętnastu lat obfituje w festyny z okazji Święta Pracy i rocznicy ustanowienia Konstytucji Trzeciego Maja. Ile w tym świętowania, a ile czystej rozrywki - czytający ten wpis wiedzą najlepiej. Jeśli tylko pogoda dopisuje, nieoficjalnie zaczyna się sezon grillowy i piwny, obojętnie, które z świąt celebrujemy. Wszędzie pełno namiotów z dymiącymi kiełbaskami, pieczonym mięskiem, piwem serwowanym w platikowych kubkach i kubłami, które nie są w stanie pomieścić odpadów. Jest okazja, żeby się spotkać ze znajomymi, wypić złote piwo w promieniach słońca, popatrzeć na mierne występy młodzieży z domu kultury (to najlepszy dowód o stanie naszej kultury) i zrujnować się na atrakcjach dla najmłodszych: kupując balony za dziesięc złotych i bilety wstępu na wszelkiej maści dmuchane baseny z kulkami, pałacyki, zjeżdżalnie itp.
Dawniej świętowaliśmy tylko 1 Maja, a koronnym punktem dnia był pochód. Nawet w miasteczku. Pamiętam jak mama zabierała mnie przed pietnastą z przedszkola, kupowała mi w kiosku biało-czerwoną chorągiewkę na patyku , za pięćdziesiąt groszy i maszerowałyśmy spod Urzędu Miasta pod pomnik bohaterów Armii Ludowej, jakieś sto metrów może, ale pochód był.
Pewnego razu, a dokładnie w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, festyn pierwszomajowy po raz pierwszy przerodził się majowy długi weekend. Wprawdzie pierwszy maja przypadał w niedzielę, ale już w piątek decyzją miejscowej Rady Narodowej dzień pracy skrócono i pracownicy miejscowych zakładów czynnie wzięli udział w przygotowaniach do wielkiego festynu pierwszomajowego. Jedni rozstawiali scenę na rynku, inni stoisko z własnymi produktami, a pracownicy GS rozłożyli kuchnię polową, gdzie można było nabyć za blilety Narodowego Banku Polskiego gotowaną kiełbaskę na gorąco z musztardą i chlebem, jakąś zupę oraz napoje gazowane i chyba nawet piwo.
Pojawiły się kramy z rozmaitościami typu broszki i ozdoby do włosów z modeliny, z zabawkami odpustowymi i watą cukrową - wszystko w oprawie specjalnego programu ku czci majowego święta, który przygotowali nauczyciele wraz z uczniami ze szkoły podstawowej. W sobotę od rana na boisku rozgrywano mecze piłki nożnej między drużynami z rejonu, delegacje miejscowych urzędów i zakładów brały udział w mini-olimpiadzie sportowej dla ludzi pracy. Trochę komicznie wyglądali dorośli, którzy w kusych dresach marki Polsport na wyścigi skakali w workach. Po południu zaś, ciągle coś działo się na scenie miejskiej: a to kabaret, a to koncert zespołu Koła Gospodyń Wiejskich z Sąsiedniej Wsi, a to popisy tancerzy z miasta rejonowego,  a wieczorem można było samemu potańczyć pod chmurką - grał zespół, którego stylizacja sięgała do lat siedemdziesiątych: pekaesy i spodnie- dzwony oraz nieco dłuższe włosy i wąs ala Krzysztof Krawczyk. Repertuar też.
To wszystko było nader podejrzane, zwłaszcza ta kiełbasa, bez kartek, bez ograniczeń, dla wszystkich, i na którą stać było niemal każdego. Jeśli zabrakło, to dowieźli. Moja mama wietrzyła podstęp i już w piątek mówiła do brata, że coś jej nie pasuje. Szydło wyszło z worka w niedzielę, kiedy to po południu i po pochodzie pierwszomajowym, który naturalnie miał miejsce o godzinie odprawiania w kościele Sumy, dyrektor domu kultury wraz z dyrekcją szkoły zapraszał kolejne klasy do ośrodka zdrowia na profilaktyczne picie jodu w takich śmiesznych szklanych kieliszkach. Dlaczego klasy? - Niedziela, pierwszego maja, była dniem, kiedy o dziewiątej mieliśmy się stawić w szkole, pani sprawdzała obecność a usprawiedliwieni z absencji byli tylko dojeżdżający. Naszym zadaniem był oczywiście udział w pochodzie oraz robienie tłumu na rynku. Zresztą zapowiedziano nam mnóstwo atrakcji, więc przyjście do szkoły i grupowe wyjście do miasta było dla nas całkiem miłą perspektywą.
Około szesnatsej poszliśmy więc do ośrodka zdrowia, świetnie poinformowani przez poprzedników, że jod to ohyda, a kogo brakowało ze strachu lub przyczyn obiektywnych, miał stawić się na drugi dzień. Nauczyciele wyjaśniali nam, że w Związku Radzieckim był wypadek w elektrowni, że oczywiście nic nam nie grozi, ale tak dla pewności dzieci powinny wypić lekarstwo, bo mogą się rozchorować, gdyż nie są tak silne jak dorośli. Mama czuła, że to nic dobrego, zresztą przez ostanie dni narzekała na fizyczne pogorszenie zdrowia- było jej słabo i bardzo bolała ją głowa, ale zrzucała to na karb przepracowania w ogrodzie i przemęczenia ogólnego. Kiedy usłyszała o Czarnobylu, była pewna, że jej samopoczucie i nasze popijanie jodu oraz kiełbaski na festynie mają coś z tym wspólnego i że tak naprawdę nikt nie wie o co chodzi z tą elektrownią atomową i co to jest ta awaria.
O tej katastrofie do dziś powiedziano już wiele, wtedy prawie nic. Dla mnie namacalnym skutkiem było to, że mama mojego kolegi poroniła pod koniec piątego miesiąca ciąży. Aborcja sprawiła, że mama Jarka już nigdy potem nie mogła urodzić dziecka i na zawsze straciła ten blask z pięknych, ciemnych oczu... Justyna miałaby dziś prawie dwadzieścia lat...
Pisząc o festynie pierwszomajowym i patrząc na sterty śmieci, zwożone po współczesnych imprezach tego typu, a które potwierdzają nasze konsumpcyjne charaktery dosłownie i w przenośni, sięgam pamięcią do czasów, o których piszę, kiedy pod względem ekologii moglibyśmy przodować. Jak człowiek kupował loda na patyku, to był to PATYK a nie kwałek plastiku udający patyk. Czy patyk może być plastikowy? Kiełbaskę podawano na kartonowych tackach, do tego drewniany widelec. Piwo pijano z butelki, barszczyk podawano w papierowych kubkach. Lemoniadę rozlewano do butelek z kaucją, nawet te półtoralitrowe były na wymianę. Pamiętam zbiórki kapsli w sklepie i prężnie działające skupy makulatury - szczerze mówiąc, widziałam współcześnie tylko jeden w byłym mieście wojewódzkim, które liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. W warzywaniaku warzywa pakowano w brązowe papierowe torebki, w spożywczym cukierki na wagę przesypywano w tutki, mięso i wędliny zawijano w papier, a nie w te ohydne worki jak dziś, z których, po dłuższych zakupach człowiek wyciąga ociekające wodą mięso z prawdziwym obrzydzeniem - już nie raz miałam obiekcje, czy nie zostać wegetarianką. Aż przyszedł rok dziewięćdziesiąty i po otwarciu granic zachłysnęliśmy się Zachodem w postaci butelek PET, wszelkich plastikowych pudełeczek, woreczków, sztućców i tym podobnych utensiliów, które rozkładają się w środowisku setki lat - zrobiliśmy z siebie wysypisko śmieci dla Europy Zachodniej, która właśnie zaczęła wprowadzać do Mc Donaldów drewniane widelczyki do frytek i papierowe kubki do kawy...


niedziela, 30 kwietnia 2006
31 lat temu....
            
...i obfitował w wiele ciekawych wydarzeń:
  • powstał nowy podział administracyjny kraju na 49 województw
  • w Warszawie oddano do użytku milionowe mieszkanie spółdzielcze
  • otwarto Rafinerię Gdańską, najnowocześniejszy obiekt tego typu w Polsce
  • Polskie Radio nadało tysięczny odcinek popularnego słuchowiska "Matysiakowie"
  • statki kosmiczne Apollo i Sojuz połączyły się w przestrzeni kosmicznej
  • po ośmioletnie przerwie, spowodowanej blokadą egipsko-izraelską ponownie otwarto Kanał Sueski
  • ONZ proklamowało Rok Kobiety
  • w XXVII Wyścigu Pokoju po raz kolejny zwyciężył Ryszard Szurkowski
  • Japonka Junku Tabai została pierwszą kobietą, która zdobyła Mount Everst
  • film "Noce i Dnie" Jerzego Antczaka otrzymał nominację do Oscara
  • Krystian Zimerman został laureatem IX Konkursu im. Fryderyka Chopina*
Liczba mieszkańców Polski wynosiła 34 200 000, a urodziło się 646 400 dzieci,
co było kontynuacją tendencji w wyżu demografoicznego, zapoczątkowanego w roku 1974.
A teraz moje dziecko ledwie dostało się do przedszkola, bo brakuje miejsc, gdyż na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się niż demograficzny i wskutek reform polikwidowano przedszkola, nikt jednak nie pomyślał, że przedszkola znów będą przepełnione, bo niech członkowie pokolenia wyżu z lat siedemdziesiatych mają tylko po jednym dziecku.....(moja osobista dygresja)

Średnia płaca wynosiła 3562 zł, a ceny kształtowały się następująco:
chleb - 4 zł
mleko - 2,90 zł
piwo - 3 zł
coca-cola 5 zł
czekolada - 19 zł
banany - 45 zł
papierosy "Sport" - 6 zł
pasta do zębów "Pollena" - 12 zł
trwała ondulacja - 90 zł
bilet na pociąg osobowy 100 km 2 klasa - 60 zł
samochód Fiat 126p - 67 700 zł, na który trzeba było pracować 19 miesięcy czyli ponad półtora roku...*

            

* informacje pochodzą z zabawnej kartki, którą dostałam od Chrzestnej, na ile są wiarygodne - nie zdążyłam sprawdzić, ale na kartce była informacja, że reżyserem nominowanego do Oscara filmu "Noce i dnie" był Andrzej Wajda :)

A 61 lat temu Adolf Hitler popełnił samobójstwo, ale tak daleko wstecz nie zamierzam blogować!

sobota, 15 kwietnia 2006
Wielkanoc
Trudno nie kojarzyć Wielkanocy z wiosną, zwłaszcza w Miasteczku. Mimo jedynego i słusznego światopoglądu, który od zakończenia wojny panował w naszym kraju, to właśnie z okazji Wielkanocy w Miasteczku pojawiała się większa ilość osób, które sprzątały po zimie: wymiatały piach z chodników i nadbrzeży ulic, czyściły trawniki i skwery, na których pojawiały się pierwsze wiosenne bratki. Jeśli się zastanowić, to pod względem ilości świąt kościelnych, ustawowo wolnych od pracy, mieliśmy chyba najwięcej z krajów byłej RWPG, co było z pewnością przejawem łaskawości władzy, która zapewne nie chciała drażnić szczególnie wrażliwego na punkcie religijności narodu.

W sobotę przed Niedzielą Palmową zakłady pracy organizowały czyny społeczne. Jako uczennica szkoły podstawowej dwa razy w roku, w tym pod koniec marca, miałam wątpliwą przyjemność sprzątania szkolnego podwórka i terenów wokół. Wszyscy oprócz mnie się cieszyli, bo nie było lekcji, ja po stokroć wolałam siedzieć w ławce i rozwiązywać znienawidzone zadania z fizyki, niż wdychać kurz i grabić trawnik pełen śmieci i psich odchodów. Toteż plusem tamtych czasów był widoczny porządek w miasteczku. Z perspektywy czasu owe „czyny” nie były wcale głupim pomysłem, bo jak się wtedy człowiek namachał miotłą czy grabiami, to potem pięć razy zastanowił się, nim wyrzucił jakiś papierek, wypalony papieros czy butelkę na ulicę, o wszechobecnych współcześnie łupinach od słonecznika nie wspominając...Ponadto w Miasteczku z okazji Wielkanocy pojawiały się odnowione kosze na śmieci, których nie sposób było nie zauważyć – miejski zakład komunalny regenerował je malując na dosyć intensywne kolory. Którejś wiosny na ulicach pojawiły się pomarańczowe kubełki z olbrzymim różowym kwiatem, w środku którego widniało logo zakładu.

Świąteczna krzątanina widoczna była również na podwórkach. Moja mama bez skrupułów pukała do sąsiadów i zapraszała do sprzątania podwórka. I jak co roku towarzyszyła jej jedynie pani Danka spod jedynki, Pani Zosia i jej mama, która mieszkała bezpośrednio pod nami i moja Babcia-niania, mieszkająca na tym samym piętrze. Kiedy energiczne Panie popaliły zaschnięte badyle spod płotu, okazało się, że mimo gąszczu i śmieci, wiosna dotarła nawet tam. Kępki przebiśniegów i śnieżyczek mogły wreszcie wychylić główki ku słońcu, forsycje rozkładały gałęzie, na których widać już było złociste kwiatuszki, a migdałowiec oswobodzony z chaszczy wypuszczał pąki kwiatowe. Na podwórku obok sąsiedzi rozkładali metalową beczkę i budowali u jej dołu komin z cegieł, stawiając je ciasno jedna obok drugiej, skąd unosił się smakowity zapach wędzonych wędlin. Bo z okazji Wielkanocy, kto tylko mógł, załatwiał sobie pół świniaka i przerabiał go na wyśmienite wędliny, według reguł fizyki: z kilograma surowego mięsa powstawało wówczas około sześćdziesięciu dekagramów wybornej szynki, czego niestety dziś nie praktykuje chyba żadna masarnia, zmieniając parszywie proporcje. Nasz sąsiad który nomen-omen nazywa się Smoliński, użyczał wówczas owej nieskomplikowanej maszynerii i mogliśmy pod jego fachowym okiem uwędzić szynkę, baleron, boczek i karkówkę, a że chętnych było więcej, nęcący zapach podrażniał wyposzczone nozdrza blisko trzy dni przed wielkanocną niedzielą. Smaku i aromatu tamtych wędlin nie zapomnę chyba nigdy.

W moim domu prace porządkowe i plan pieczenia ciast przebiegał zawsze według tego samego schematu: środa – stanie w kolejkach po wszystko, czwartek – stanie w kolejkach, pieczenie mazurków, piątek – stanie w kolejkach i pieczenie bab drożdżowych, a po powrocie z wieczornego nabożeństwa malowaliśmy z mamą i bratem jajka. Sobota – dekorowanie mazurków i stanie w kolejce po chleb, chyba, że mama zdążyła zapisać się w czwartek na listę u Pani Głońskiej, wtedy trzeba było tylko odebrać złocisty, bochenek z zaplecza piekarni. Jeśli brat był pod ręką, szliśmy razem do pani Hanki po kontener oranżady w szklanych butelkach, jeśli nie, prosiłam Stasia, sąsiada z dołu, który pomagał mi bezinteresownie. Dziś nie ma już takiej oranżady (ani bezinteresownych sąsiadów), żółtej lub czerwonej, w butelkach z brązowego i zielonego szkła. Napój miał co najwyżej miesięczny termin przydatności i potrafił się zepsuć. Dzisiejsze pseudo-napoje – bo ciężko uwierzyć że coś, co składa się z wody i jakichś tam „E” z numerkiem przeznaczone jest do spożycia przez ludzi – potrafią otwarte stać miesiąc i nie zmieniają swego smaku, chyba, że z butelki ucieknie dwutlenek węgla.
Kwietniowe słońce przygrzewało dosyć mocno, zwłaszcza w miasteczku położonym w dolinie, która skutecznie chroniła mieszkańców przed wiosennymi wichurami, dlatego z powodu ciepła wynosiliśmy skrzynkę z oranżadą na wychłodzony strych, gdzie mama przechowywała również wszelkie wielkanocne delikatesy swojej roboty, aby nie wodziły nas na pokuszenie, zwłaszcza po spowiedzi wielkanocnej. Aczkolwiek chwila próby zawsze przychodziła w chwili święcenia pokarmów, kiedy to w przybytku bożym unosił się zapach wszelakiego dobra, ukrytego w koszyczkach przyozdobionych nakrochmalonymi serwetkami. Wówczas miałam prawdziwe rozterki, czy aby na pewno zgrzeszę, jeśli uszczknę choć odrobinę wybornej szyneczki, skoro ta została już poświęcona.
Noce były jeszcze zimne, stąd strych świetnie sprawdzał się w roli spiżarni, wobec tego wczesnym wielkanocnym przedpołudniem znosiliśmy owe smakołyki na śniadanie, które niemal zawsze celebrowaliśmy we trójkę. Apetyty dopisywały, bowiem od najmłodszych lat mama ciągnęła mnie półprzytomną i brata na poranną Rezurekcję. Do tego jeszcze łaskawa telewizja serwowała nam kreskówki Disneya, my popijaliśmy oranżadę w kieliszkach do koniaku, bo czułam się wtedy bardziej dorosła i tak właśnie wyglądała pełnia szczęścia radości podczas wiosennych świąt w moim domu. Tradycyjnie bawiliśmy się w stukanie jajkami a potrawą numer jeden były wędliny na ciepło z ziołami i ręcznie utartym w sobotni wieczór chrzanem, które to od zawsze podawano na stołach moich ukraińskich przodków. Nawet rodzina mojego ojca , która z pogardą odnosiła się do zwyczajów i tradycji pielęgnowanych przez bliskich mojej mamy, - jako że byli (podobno) „lepiej urodzeni” - łaskawym okiem i nieudawanym apetytem doceniała tę specjalność wielkanocną, którą mama serwowała także w drugi dzień świąt, jeśli akurat przyjeżdżali z wizytą.

Kiedy tylko pogoda dopisywała, każde wielkanocne popołudnie wychodziłyśmy z mamą na spacer, poobserwować wiosnę, nazrywać bazie i odwiedzić groby naszych bliskich. Spotykałyśmy wtedy wielu uśmiechniętych znajomych – trudno o niewielu w tak małej mieścinie - a gdy uważnie przyjrzeć się przechodniom, każdy miał na sobie cos nowego; a to płaszczyk ze sklepu Pani Zosi, a to garsoneczkę w pepitkę, którą „rzucili” miesiąc wcześniej do Pani Urbańskiej, a to znów pantofelki z niebieskiej skórki, które rozeszły się w oka mgnieniu, mimo, że pani Krysia z obuwniczego cały dzień poprzedni przyjmowała towar – słowem – na każdym kroku czuć i widać było wiosnę.

poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Czekoladki

Kiedy miałam prawie sześć lat i umiałam już płynnie czytać, mama kupiła mi mój pierwszy „Świerszczyk” – czasopismo dla małych dzieci. Byłam strasznie dumna, bowiem „Świerszczyk” był bardziej „dorosły” od czasopisma dla maluchów „Miś”, miał więcej stron do czytania, a nie tylko zagadki, rebusy i ilustracje.

Pamiętam opowiadanie pt. „Czekoladki” - niesamowicie mnie poruszyło, a nawet oburzyło. Narratorką była babcia, która wspominała swoje dzieciństwo przed wojną, kiedy jako mała dziewczynka pomagała mamie w zakładzie krawieckim. Ponieważ żyli bardzo skromnie, zajmowała wraz z rodzeństwem jedną izbę, gdzie jej mama szyła piękne suknie dla bogatych mieszczanek. Pewnego dnia – a był to prima aprilis - jedna z klientek przyszła po odbiór sukienki i przyniosła dzieciom duże, eleganckie pudełko czekoladek. Dziewczynce i jej siostrom oczy aż zaświeciły się z radości, matka-krawcowa wzruszyła się szczodrością klientki. Jakże wielkie było ich rozczarowanie, kiedy w pudełku, w błyszczących sreberkach zamiast słodkich pomadek, znanych tylko ze sklepowych wystaw, maluchy znalazły szare papierki. Damulka widząc miny dzieciaków i ich matki, wybuchła śmiechem i rozbawiona rzuciła: „prima aprilis”, po czym wyszła. Kiedy skończyłam czytać tę opowieść, łzy polały mi się jak grochy, ponieważ zbyt dobrze znałam tego typu rozczarowania – był rok osiemdziesiąty pierwszy i kryzys, który rozumiałam wówczas głównie jako brak słodyczy w sklepach. Do tego to okropne zachowanie damulki – jak tak można? Biedne dzieci!

Nigdy nie sądziłam, że podobną sytuacje przyjdzie mi przeżyć na własnej skórze.
Kilka lat później, moja cudowna ciocia Halinka z Wrocławia, podczas kolejnej weekendowej wizyty u nas w domu, z uwagą oglądała moją imponującą kolekcję historyjek z gumy Donald, które zbierałam od kilku lat. Część z nich, o bardzo unikalnej tematyce, udało mi się pozyskać, oddając grającą pocztówkę, kolportowaną przez RUCH z Marylą Rodowicz i jej słynną „Małgośką”. Kartka nie chciała grać na moim adapterze „Bambino”, więc wymieniłam ją na kilka historyjek, które stanowiły oficjalny środek płatniczy w szkołach. Po za tym zbierałam jeszcze widokówki z widokami różnych miast oraz plakaty z Zielonego Sztandaru. Moim „najlepszym” był plakat Modern Talking. Ciocia Halinka stwierdziła, że jakość zdjęcia jest fatalna – i pewnie miała rację – a jej znajomi, którzy mają willę we Wrocławiu i rodzinę w RFN, pokazywali jej czasopismo niemieckie, w którym zamieszczony był obszerny wywiad z moim bożyszcze, Thomasem Andersem, i jego świeżo poślubioną żoną-milionerką o niepospolitym imieniu Nora. W tymże piśmie, rozkładówkę zajmowało olbrzymie zdjęcie Thomasa i Nory. Thomas, ubrany na biało siedział przy białym fortepianie, na którym w wyszukanej pozie leżała w różowej sukni i różowym boa ze strusich piór boska Nora. Ciocia Halinka zachwycała się jakością fizyczną i artystyczną owego zdjęcia, które dane jej było zobaczyć na własne oczy. Oczami wyobraźni widziałam to cudowne zdjęcie w tej gazecie z RFN i musiałam mieć chyba psią minę, bo ciocia zadeklarowała, że kiedy następnym razem przyjedzie do nas, to pożyczy tę cudowną gazetę od tych wspaniałych znajomych, abym mogła sobie popatrzeć. Niestety od razu zastrzegła, że nie będzie mogła mi jej zostawić, bo o to już pytała znajomych, znając moją fascynację muzyką Modern Talking. Szczęście przepełniło mą duszę. Już nie mogłam się doczekać, kiedy ciocia pojedzie do domu i znowu do nas przyjedzie, a miały to być dwa, a może nawet trzy długie tygodnie.
Ciocia znów rozgadała się na temat swoich znajomych, jakie to oni prowadzą życie towarzyskie, gdzie nie bywają i ile paczek w roku dostają od rodziny z boskiego Zachodu. I wtedy właśnie temat zszedł na czekolady, takie w tabliczkach. Ciocia rzekła, że ile razy u nich jest z wizytą, tyle razy częstują ją wspaniałej jakości czekoladą z RFN. Za każdym razem jest to inna tabliczka i aż szkoda wyrzucać te piękne, misternie zdobione opakowania, wobec czego ona będzie prosić tych znajomych, by odkładali je dla mnie, nie pytając mnie w ogóle, co ja na to. A mnie się to wcale nie podobało, owszem, dzieciaki w mojej klasie zbierały opakowania po czekoladach, ale wtedy, kiedy miały możność spróbowania ich osobiście; kiedy jakiś dobry wujek z zagranicy przysłał paczkę na święta, albo rodziców stać było na zakupy w Peweksie – słowem – trzeba było mieć stałe źródło „dochodu”, żeby móc zachwalać towar. Ja zmyślać nie umiałam, a i tak w takiej małej mieścinie nawet dzieci wiedziały o sobie wszystko, więc bajer o cioci z RFN by nie przeszedł. Szpanowanie opakowaniami po czekoladach, których się nie spróbowało, nie miałoby więc sensu.
Niestety nie potrafiłam wtedy podzielić się z ciocią moimi obawami ani odmówić wprost. Mama nie nauczyła mnie asertywności, wpajała mi wręcz coś przeciwnego, z czym mam problemy do dziś.

Ciocia wyjechała, ja zaś z utęsknieniem czekałam na jej powrót i gazetę z Thomasem Andersem przy białym fortepianie i z różową Norą w piórach. W skrytości serca marzyłam, by ciocia zapomniała o opakowaniach po czekoladach. Ciocia jednak nie zapomniała. Kiedy odwiedziła nas ponownie, przywiozła tę wspaniałą gazetę, którą mogłam oglądać tylko po dokładnym umyciu rąk, aby w stanie idealnym powróciła do właścicieli, oraz chyba ze trzydzieści różnych, naprawdę pięknych opakowań po czekoladach. Ich właścicielka tak się spieszyła, żeby mi je podarować, że z niektórych nie powyciągała srebrzystej folii, pośród której jeszcze pełno było okruchów aromatycznej czekolady. Zamknęłam się w swoim pokoju i ze łzami w oczach oraz żalem w sercu przeglądnęłam wszystkie te cuda, po czym z westchnieniem schowałam je do szarego pudełka po butach, do którego zaglądałam tylko wtedy, kiedy ciocia Halinka przywoziła mi kolejną porcję „zdobyczy”. Na szczęście rodzina z RFN przysyłała mojej „dobrodziejce” te same sorty, wiec po jakimś czasie miałam w swojej kolekcji kilka takich samych opakowań, co było dostatecznym pretekstem do cichutkiego zwrócenia uwagi mojej cioci Halince, że już dosyć. Ale nim to nastąpiło, za każdym razem, kiedy otwierałam szare pudełko, czułam się jak babcia-dziewczynka z opowiadania w „Świerszczyku”.


Historyjka z gumy balonowej DONALD

Dziękuję Marijohannie za udostępnienie skanu :)

niedziela, 12 marca 2006
Fachowcy

Fachowcy to osobna grupa społeczna, a wręcz kasta w czasach Peerelu. Zapotrzebowanie na fachowców było podobne do popytu na towary handlowe, których nie było. Fachowcy mieli zazwyczaj stałą pracę, która dawała im satysfakcję materialną, bo po pierwsze: mieli regularne dochody, po drugie: mogli coś wynieść z zakładu pracy, gdyż wszystko było państwowe, a więc „niczyje”, a po trzecie: obijali się jak mogli, bo dorabiali sobie z podwójną przebitką na tak zwanych „fuchach”. W tym miejscu pragnę przeprosić wszystkich uczciwych i rzetelnych fachowców, którzy zapewne istnieli w czasach mojego dzieciństwa i którzy przypuszczalnie nie spełniali drugiego i trzeciego warunku, muszę jednak stwierdzić, że stanowili mniejszość.
Fachowcy byli darem z nieba dla samotnych kobiet, lub samotnie wychowujących dzieci. Nie dość, że zrobili zlecenie, to jeszcze palili się do prac, które nienajlepiej im wychodziły, ponieważ nie były ich specjalnością. Ale jak tu nie skorzystać z możliwości zarobienia dodatkowego grosza, skoro „kobita” i tak nie ma pojęcia o istocie usterki?
Moja mam miała niestety "szczęście" do fachowców. Jak każdy szanujący się człowiek, od czasu do czasu musiała zrobić większy czy mniejszy remont. Kiedy miałam chyba z sześć lat i śliczną kamizelkę na guziczki z biedronką, zrobioną na drutach przez stryjenkę, mama postanowiła pomalować mieszkanie. W domu zapanował chaos, z elementami rewolucji i tragedii w kilku aktach. Byłam zbyt mała, by pomagać w sprzątaniu, a głównie w zdzieraniu resztek farby z podłóg, parapetów i okien (mimo rozłożonych gazet i starych prześcieradeł) ale już wystarczająco duża, by pamiętać pana Ziutka Jakubowicza.
Pan Ziutek był prywaciarzem, a więc profesjonalistą z założenia i pracował wraz z pomocnikami na własny rachunek – nie urywał się zatem z pracy i miał wykonać remont w założonym terminie. Był niski, krępy, miał małe świdrujące oczka i niemal nigdy nie widziałam go normalnie ubranego. Zawsze chodził w ubraniu roboczym, niemiłosiernie upaćkanym farbą. Raz, już po remoncie u nas, spotkałam go na wielkanocnym spacerze z żoną (przemiłą drobną kobietką o smutnych oczach) ubranego odświętnie, i nie mogłam sobie przypomnieć, skąd znam tego człowieka!

Pan Ziutek przybył zatem z dwoma pomocnikami do naszego mieszkania, ci zaś taszczyli drabiny, wiadra, pędzle. Zabrał się z nimi za robotę, ale nie na długo, bo kolejne zlecenia czekały. Pomocnicy więc pracowali w żółwim tempie, ku przerażeniu mojej mamy, która robiła co mogła, by zachęcić obiboków do roboty: a to przynosiła im ciastka, a to parzyła bezcenną wówczas kawę, a to robiła drugie śniadania z kiełbasy na gorąco, której już nie starczyło dla nas, to znów na koniec dnia polewała po kieliszeczku mocniejszego trunku. Ten ostatni bonus został oprotestowany przez pana Ziutka, bowiem jeden z pomocników, jego rodzony młodszy brat, miał „pociąg do alkoholu”, co było dosyć subtelnym określeniem skłonności brata pana Ziutka. Pewnego razu, kiedy zostałam sama w domu, aby pilnować brata – wg ścisłych zaleceń pana Ziutka, gdyż „grzebie po szafach w poszukiwaniu alkoholu” – a mama udała się na zakupy, brat pana Ziutka zagadnął mnie, czy nie chcę pobawić się na podwórku. Malował akurat pokój stołowy, więc zamiary miał oczywiste. Mimo, że miałam szaloną ochotę pobawić się na podwórku, bo z okazji remontu nie chodziłam do przedszkola, a pogoda była na tyle sprzyjająca, że nie musiałam zakładać kurtki tylko moją ukochaną kamizelkę z biedronką, odparłam hardo, że nie mogę. Wtedy brat pana Ziutka wpadł na pomysł, że wciągnie mnie w swój plan: ja przyniosę mu szklankę (!) z kuchni, a on naleje sobie „troszkę wódeczki”, bo „dzieciom nie wolno ruszać alkoholu”. Mimo strachu, zaprotestowałam i powiedziałam, że jak to zrobi, to poskarżę mamie, a łapówki w postaci czekolady „kiedyś” nie wezmę, bo od obcych nie mogę. A brat pana Ziutka, mimo, że przychodził do nas od kilku dni, wciąż był dla mnie obcy. No i nie miał wyjścia – więcej mnie nie nagabywał, bo praca u nas w domu była podobno jego ostatnią szansą.

Pan Ziutek oprócz wyraźnych cech zewnętrznych, charakteryzował się również wysokim poczuciem estetyki i znajomości fachu, w jego osobistym mniemaniu. Kiedy nasz śliczny jasny pokój, został odświeżony i pomalowany na nowy, łososiowy kolor (wtedy to się nazywało jasny pomarańcz), Pan Ziutek przybył osobiście, by uwieńczyć dzieło agresywnym wzorem na wałku w kolorze ciemnozielonym. Mama, w ostatniej chwili, z prawdziwym przerażeniem w oczach powstrzymała go od tego szalonego zamiaru. Pan Ziutek poczuł się urażony, kiedy argumentowała, że wzory z wałka są już niemodne i że ciemna zieleń niezbyt dobrze będzie się prezentować w pokoju stołowym, tudzież wypoczynkowym, i że wzór ów z pewnością nie przyczyni się do relaksowania naszej rodziny. Pan Ziutek w geście zemsty kategorycznie stwierdził, że otworzył już farbę olejną i nie może jej zmarnować, pomalował zatem na ów wstrętny zielony kolor drewniane, Bogu ducha winne, listwy przypodłogowe. Mama już nie protestowała w obawie, by pan Ziutek przedwcześnie nie zakończył przedłużającego się remontu w naszym domu, bo zbliżała się Wielkanoc. Efekt był ohydny, ale meble pozakrywały nieszczęsne listwy i tylko gdzieniegdzie widać było „artystyczną” duszę pana Ziutka.

Rok później stary blaszany górnopłuk, czyli spłuczka z łańcuszkiem zawieszona wysoko nad ubikacją, zakończyła swój żywot. Po demontażu urządzenia okazało się, że będziemy mieli nowoczesny plastikowy dolnopłuk i jak sama nazwa wskazuje, winien być zawieszony na dole, jednak ustęp znajdował się zbyt blisko ściany i dolnopłuk należało przerobić na górnopłuk. Kąt i brudna ściana po starej spłuczce wymagały odświeżenia, zatem w naszym domu, pojawiły się dwie ekipy remontowe: dwóch panów hydraulików do spłuczek, pachnących żelastwem, pakułami i tanim tytoniem, we flanelowych koszulach i ubabranych spodniach roboczych z dwudniowym, bynajmniej nie seksownym i niemodnym wówczas zarostem; i - panów malarzy, wyglądających podobnie, pachnących dodatkowo farbą i rozpuszczalnikami. Pierwsi najpierw usunęli zepsutą spłuczkę i zdemontowali stare rury, drudzy – musieli oczyścić i pomalować ścianę. Jakoś dziwnie to rozplanowali, bo malarze najpierw pomalowali kawałek ściany pod starym górnopłukiem, poszli do innej roboty, a w tym czasie hydraulicy montowali i kombinowali przedłużenie rury, by z dolnopłuka zrobić górnopłuk. Po kilku godzinach żmudnej pracy i zepsuciu dwóch sztuk nowoczesnych, plastikowych rur, których długość źle wymierzyli, w końcu zamontowali niefortunną spłuczkę. Malarze wrócili z szefem, panem Marczakiem, naszym sąsiadem, który „po znajomości wygospodarował czas na takie „nieopłacalne duperele” . Miał rzucić okiem na poczynania swoich praktykantów, a sam podmalować kawałek sufitu w kuchni, bo wiosenne wichury i ulewne deszcze zlały strych, wskutek czego na stropie pojawiły się brzydkie plamy. Praktykanci co chwilę odrywali majstra od roboty, bo nie wiedzieli jak rozrobić farbę: a to za gęsta, a to za rzadka – chłopaki najwyraźniej rozpoczynali naukę fachu, a majster musiał się ich czepiać, żeby wiedzieli, kto tu rządzi. Z zapałem zaczęli machać pędzlami i nagle utknęli w martwym punkcie, bo na środku ściany nad ubikacją ciągnęła się długa, szara, plastikowa rura, łącząca ustęp z dolnopłukiem zamocowanym u góry. Co robić? Malować rurę czy nie? Majster kazał WSZYSTKO na biało, więc... więc zawołali majstra, ale Pan Marczak uwinął się szybciutko z kawałkiem kuchni i niepostrzeżenie wyszedł, o czym ich życzliwie poinformowałam. Nie było wyjścia, jak wszystko, to wszystko! Zaczęli więc malować rurę białą emulsją do ścian, rozcieńczaną wówczas wodą), a ta za cholerę nie chciała trzymać się śliskiej, plastikowej powierzchni. No co za pech! Nawet ja, mała dziewczynka widziałam, że to bez sensu i że plastikowej rury się nie maluje, chłopcy jednak bali się gniewu pracodawcy, więc zawzięcie machali pędzlami, siłując się z prawami fizyki. Kiedy wrócił pan Marczak, nie zdziwił się wcale, tylko kazał zmyć wodnistą maź z rury.
Tak więc te dwie proste czynności na przestrzeni niecałych dwóch metrów kwadratowych zajęły czterem fachowcom cały dzień.

Uczestniczyłam jeszcze w kilku remontach, ale to już temat na osobny wątek. Zastanawia mnie jednak fakt, jakim cudem ci ludzie cieszyli się takim popytem. Z moich obserwacji wynika, że punktualnie przychodzili tylko w pierwszy dzień, urywali się w ciągu dnia dwa albo i trzy razy i wracali w stanie wskazującym, wykonywali kilka zleceń na raz, co zapewne odbijało się na jakości i cierpliwości zleceniodawców, jednak nikt nie ośmielił się zakwestionować końcowej ceny. Ponadto wyjadali nam połowę zapasów, wypijali całą kawę i palili przy pracy, mimo, że u nas w domu nikt nie palił. Do tego wszystkiego nigdy nie prali ubrań roboczych, a przecież to też ubrania...
Może dlatego Polacy słynną z wszechstronności w remontach domowych, bo każdy myślący mężczyzna, (a czasem i kobieta) który choć raz zetknął się z takim partactwem i wątpliwą jakością, próbował nauczyć się wielu tych nieskomplikowanych czynności sam. Ale my nie miałyśmy wyboru.

sobota, 04 marca 2006
INFORMACJA
W ZWIĄZKU ZE SPAMEM, KTÓRY POJAWIŁ SIĘ W KOMENTARZACH DO MOICH WPISÓW ZMUSZONA JESTEM WŁĄCZYĆ OPCJĘ KOMENTARZA Z LOGOWANIEM

DOTYCHCZASOWYCH NIEZALOGOWANYCH CZYTELNIKÓW, KTÓRZY MIELIBY OCHOTĘ KOMENTOWAĆ BEZ LOGOWANIA, PRZEPRASZAM ZA URTUDNIENIA.
22:57, setorika
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 lutego 2006
Kulinarnie ale nie tylko

W czasach zamierzchłych, o których piszę, mieszkańcy miasteczka i pewnie wielu takich miasteczek w całej Polsce wykazywali się nadzwyczajną pomysłowością, nie tylko we wspomnianym robieniu dwóch butelek wódki z jednej za państwowe pieniądze, ale również w wielu innych dziedzinach. Niestety nie wszyscy byli na tyle uprzywilejowani, by realizować własne pomysły publicznie, dlatego część z nich pozostała w szarej strefie, a może po prostu bawiła się inwencją twórczą na własne potrzeby. Jedną z nich była produkcja polskiej chałwy, pod swojsko brzmiącą nazwą „blok”. Była to, jak dla mnie, ohydna, słodka mamałyga z margaryny cukru, mleka, kawałów suchych wafli, czasem okraszona orzechami i rodzynkami. Masa zastygała w foremce keksowej, a następnie kroiło się to cudo nożem na plastry. Blok cieszył się taką popularnością, że miejscowa cukiernia, podchwyciwszy przepis krążący od domu do domu, zaczęła go wytwarzać w ilościach hurtowych, dostępnych bez kartek i bez ograniczenia wagowego.

W smętnych czasach mojego dzieciństwa nie było też Coca-Coli, co zapewne wzbudza zdziwienie młodszych Czytelników, zwłaszcza, że obecnie nawet Irakijczycy manifestują swą niechęć do Amerykanów, mając w tle szyld Coca-Coli. W miasteczku szyldu nie było, ale niedaleko bloków powstał nieduży budynek, w którym miejscowi milicjanci, a ściślej mówiąc ich żony, założyły spółkę produkującą napoje w woreczkach.
Milicjantom nie wypadało mieć własna inicjatywę gospodarczą, ba, nie wypadało posyłać dzieci do Pierwszej Komunii w miasteczku, na oczach wścibskich mieszkańców i donosicieli, którzy mają dziś swoje teczki w IPNie, dlatego ich dzieci przystępowały do tegoż sakramentu w Mieście Wojewódzkim, gdzie łatwiej o anonimowość.

Napoje w woreczkach były niegazowaną, słodką cieczą o objętości około dwustu mililitrów, opakowaną w zwykłą folię. W ilości hurtowej przechowywane były w pionie, w plastikowych skrzynkach na warzywa, a do owej skrzynki dołączano wąskie słomki, które w wersji oryginalnej pozwoliły by wypić napój z wysokiej szklanki, natomiast na potrzeby napoju były ucinane na pół. Napoje produkowano w wersji cola – brązowe, oraz o smaku kisielowo-nijakim, który charakteryzował intensywny żółty lub różowy kolor. Cieszyły się niebywałym powodzeniem i sprzedawano je głównie w warzywniakach.
Mój przedsiębiorczy brat zatrudnił się podczas wakacji u żon milicjantów i pomagał przy produkcji. Panie, mimo panującego i jedynie słusznego ustroju socjalistycznego, były na tyle zaznajomione w okrutnych prawach rynku kapitalistycznego, że swojemu pracownikowi ani razu nie dały woreczka z napojem. Musiał sobie kupić i to po cenie sklepowej. Wytwórnia prosperowała przez kilka ładnych lat, potem na krótko zmieniła profil produkcyjny, a dziś jest tam pijalnia piwa (czytaj: spelunka), zwana „Białym Domkiem” z racji co wiosnę odnawianej elewacji we wspomnianym kolorze. Jedna z właścicielek odeszła ze spółki, natomiast druga z powodzeniem prowadzi biznes i jej wpływy oraz znajomości są dosyć znaczne, bo dziwnym trafem inne punkty o podobnym profilu albo potraciły koncesję na alkohol, albo były nękane notorycznie kontrolami Sanepidu.

Zwolennikom napojów gazowanych pozostało nabyć za kaucją naboje do syfonu – urządzenia, które swego czasu cieszyło się niesłychaną popularnością w polskich domach. Był to metalowy zbiornik, zakończony kopułką z kranikiem i klamką, w której mieścił się nabój z CO2. Z naboju gaz ulatniał się do zbiornika z wodą i syropem smakowym, skąd pod ciśnieniem wytryskiwał do szklanki. W ten sposób można było wyprodukować sobie samemu napój o smaku coli lub pomarańczy, pod warunkiem wcześniejszego zaopatrzenia się w odpowiedni syrop, o dziwo dostępny nawet w miasteczku, lub po prostu zwykłą wodę gazowaną.

Innym sposobem na produkcję oranżady był zakup w spożywczym jej koncentratu w torebkach wielkości cukru waniliowego, który rozpuszczało się w szklance, zalewając zwykłą wodą. Była to jednak skandaliczna profanacja, bowiem przytoczony proszek służył do tego, by maczać w nim obśliniony palec wskazujący, farbując przy tym skórę aż pod paznokciem, co sprawiało niesamowitą frajdę wizualno - smakową. Czerwony, tudzież żółty proszek szczypał w język i to, oraz zafarbowany jęzor, stanowiły clou całej zabawy.

Orzeszki ziemne to wówczas delikatesy rodem z półek Pewexu lub prywatnych warzywniaków, za bajońską sumę czyli ogólnie ujmując – rzecz w miasteczku niedostępna, przynajmniej nie dla mnie. Zajadałam się zatem czymś na wzór fistaszków, a z perspektywy czasu, czymś o wiele bardziej zdrowym i bez konserwantów czy antyutleniaczy – prażonymi ziarnami soi, sprzedawanymi w małych foliowych woreczkach. Brązowe ziarenka przyjemnie chrupały w zębach, a ich niezwykły smak podkreślała sól i przyprawy. I kosztowały niewiele.

Ze słodyczy własnej produkcji pamiętam też ciastka z toffi i ryżu preparowanego. Cukierki Toffi i Irysy były często tak twarde, że można było sobie połamać na nich zęby. A że były bez kartek, kupowaliśmy je zazwyczaj na kilogramy i jeśli tylko mama pozwalała zrobić bałagan w kuchni, który sumiennie obiecywaliśmy posprzątać, przetapialiśmy te cukierki w garnku, dodawaliśmy ryż i formowaliśmy z zastygającej masy kulki. Niedługo potem, jakiś przedsiębiorczy Polak przechwycił nasz pomysł i w warzywniakach, które słynęły z artykułów wytwarzanych metodami domowymi lub manufakturowymi, pojawiły się owe kulki jako „szyszki ryżowe”. W ich składzie widniał jednak syrop klonowy, który budził zawsze moje zdumienie, gdyż nie kojarzyłam klonu z jakimś konkretnym owocem, na bazie którego można by wytworzyć jakiś syrop. Zatem z domowej produkcji szyszek przerzuciliśmy się, wzorem znajomych i ich znajomych na robienie wafli, przekładanych masą toffi. Wafle można było kupić w każdym sklepie, nawet miejscowa piekarnia wyczuła koniunkturę i zaczęła sprzedawać suche andruty, co było przykładem na to, że Polak potrafi wiele, nawet osłodzić sobie trudną do przełknięcia rzeczywistość lat osiemdziesiątych.

sobota, 11 lutego 2006
Restauracja "Zamkowa"

Restauracja „Zamkowa”, zwana przez nas, mieszkańców, „gospodą”, mieściła się tuż obok kina „Jutrzenka”. Z wąskiego przedsionka, do którego wchodziło się przez skrzypiące niemiłosiernie drzwi, kolejne wierzeje prowadziły do dużej sali. Cechy charakterystyczne: boazeria na ścianach, kilkanaście stolików pokrytych ceratą, przyćmione światło u sufitu, przedzierające się przez kłęby dymu, oraz gwar miejscowych pijaczków. Po lewej stronie lada chłodnicza z zagrychą typu śledź w oleju, galareta z zimnych nóżek i tatar oraz desery na szklanej półce powyżej– galaretka z owocami lub sernik. Na ladzie stał kulisty automat, w którym bulgotała zimna, gazowana oranżada. W tle kilka półeczek z nieśmiertelnymi paluszkami, pepsi-colą w szklanych butelkach, lokalną wodą mineralną i kilkoma nadpoczętymi butelkami z Wódką Czystą Wyborową, ewentualnie z Żytnią, czasem Wódką Polonez. Nieco niżej, tabliczka informująca o szkodliwości alkoholu, której treść nikogo nie wzruszała, oraz kilka rodzajów papierosów: Klubowe, Popularne, Carmeny. Przy ladzie kelnerka, odziana jak pozostałe panie z obsługi w buraczkowy kostium z bistoru, składający się z bluzki z krótkim rękawem i wąskiej spódnicy z rozcięciem z tyłu. Na to biały, kusy fartuszek z kieszonką na bloczek do spisywania zamówień, fikuśnie wykończoną falbanką, która aż sterczała od krochmalu. Na głowie, do mocno natapirowanych i obficie spryskanych lakierem włosów, każda z pań miała przypięty kawałek szerokiej koronki.

Panie kelnerki z prędkością światła pomykały zwinnie między stoliczkami, mając na uwadze nie tylko rubasznych stałych bywalców, zamawiających nieśmiertelny zestaw czyli „setkę i galaretkę”, lecz także kulturalnych gości, którzy zazwyczaj zajmowali stoliki w sali dla niepalących, mieszczącej się po prawej stronie od wejścia. Sala ta, nieco mniejsza, była urządzoną schludnie i dzięki trzem szerokim oknom wpadało doń sporo światła dziennego, które niemal kuło w oczy, gdy wkraczało się do niej z półmroku, jaki panował w poprzedzającym ją pomieszczeniu. Stoliki w tej części pokryte były obrusami. Na każdym z nich stał porcelanowy wazonik z kwiatkiem, serwetki i zestaw przypraw (sól, pieprz, magi, ocet), gdzieniegdzie leżały teczki z brązowego skaju ze złotym, aczkolwiek nieco już wytartym napisem „MENU”.
W sali dla niepalących zasiadali głównie przyjezdni oraz ludzie, którym zakłady pracy dofinansowywały obiady, z braku stołówki na ich terenie. My też często korzystaliśmy z tegoż udogodnienia, bowiem jedzenie było i smaczne i tanie. Kuchnia oczywiście typowo polska i nikomu nie śniło się wówczas o mozarelli z pomidorami na przystawkę, zupie-krem ze szparagów, czy też drobiowym De Volai na drugie danie. Schabowe, zrazy, pyzy, kopytka, pierogi, pieczeń w sosie, jarzynowa, grochowa, barszcz i temu podobne specjały stanowiły postawę niewyrafinowanej karty dań. Jakość niczego sobie, aczkolwiek z reguły nie należało zamawiać mielonych, bo podobno kucharki mieliły doń wszystko, to znaczy ogół resztek mięsnych z dnia poprzedniego. Drugiej rzeczy, której nie należało zamawiać - ale tylko po godzinie 15.00 - to puree z ziemniaków. Papka była nieświeża, a kucharki mając nawał stołujących się za sobą, nie przyrządzały nowych porcji, tylko odgrzewały niesprzedane resztki.
Danie rybne można było zjeść tylko w poniedziałek, mimo, ze wiele osób zgodnie z katolickim przykazaniem przestrzegało postu od dań mięsnych w piątki, ale restauracja „Zamkowa” musiała przestrzegać, a przynajmniej nie stać w opozycji do doktryny władzy ludowej. Toteż we wspomniane piątki około godziny 13.30 brakowało już pierogów ruskich, a po czternastej to nawet kopytek.

Bardzo chętnie jadałam w „Zamkowej”, bo z reguły chodziłam tam sama, z rzadka z bratem i wówczas nie musiałam jeść zupy, co z pewnością nie upiekło by mi się w domu. Po za tym w czasach reglamentacji żywności w sklepach, można było zjeść schabowego w tygodniu, a nie tylko w niedzielę, o ile udało się wystać w rzeźni cokolwiek z mięsa, co nie było podrobami.
Mając do dyspozycji talony o nominale stu złotych, musiałam się zmieścić w jednym, co najwyżej dwóch bloczkach. Pech chciał, a może było to zrobione przemyślnie, że na przykład schabowy z ziemniakami i surówka kosztował 120 zł, więc należało domówić coś jeszcze, bowiem kelnerki nie raczyły wydawać reszty z bloczków. Jeśli dyżur miała pani Marysia, mama mojej koleżanki, to zamawiałam jeszcze pepsi, w przypływie pragnienia, tudzież łakomstwa, nawet dwie i nie było problemu. Jeśli natomiast była pani Kowalska, to nie było mowy o pepsi, musiałam zatem tak wybierać w napisanym przez fioletową kalkę na maszynie menu, żeby zamówić coś tańszego, ewentualnie dopłacić złotówkę czy dwie drobnymi.

Któregoś dnia brat wrócił ze szkoły i wspólnie poszliśmy na obiad, biorąc ze sobą kilka talonów. Dorastający nastolatek zamówił sporo, bo i zupę i drugie danie, a na deser – pierogi. Ja zadowoliłam się schabowym, bo wyliczyłam szybko, że na pewno zmieścimy się w nominałach bloczków, ewentualnie brat dopłaci ze swojego kieszonkowego, którego miał zawsze o wiele więcej niż ja. Zbliżał się koniec miesiąca, bloczki należało zużyć, bo zwrotów i rekompensaty gotówki nie było, a codziennie nie jadaliśmy w gospodzie. Rachunek opiewał na około 420 złotych, domówiliśmy sobie jeszcze po pepsi za 30 złotych za butelkę, ale pani Kowalska nie chciała wydać reszty. Kwota była niewielka, ale można było kupić za nią na przykład jabłka albo dwie słodkie bułki. Napiwków wówczas nikt w miasteczku nie dawał, bo kelnerki i tak nieźle zarabiały na nieprzytomnych z upojenia alkoholowego stałych bywalcach sali dla palących, a może dlatego, że nikt o czymś takim nie słyszał. Upór kelnerki zezłościł mojego starszego brata, który zahartowany w bojach kolejkowych, nie dawał sobie w kaszę napluć. Zażądał wyjaśnień, a dalej rozmowy z kierowniczką. Wiecznie zadumana i pochłonięta rachunkami pani Zosia wyszła ze swojej kanciapy, sąsiadującej z naszą salą. W miarę argumentów, jakie raczył grzecznie przytoczyć mój mądry brat, jej oczy powiększały się ze zdziwienia, aż zmuszona była zdjąć ciężkie okulary, patrząc na zmianę to na przestraszoną panią Kowalską, to na mojego brata. Jej odpowiedź była krótka: „proszę wydać temu panu resztę”. Całej sytuacji przyglądałam się z oddali, siedząc spokojnie przy stoliku. Kiedy czerwona jak burak pani Kowalska przyniosła resztę, brat wcisnął mi monetkę, pozwalając wielkodusznie zaszaleć w warzywniaku pana Gienia, i opuściliśmy lokal. Na ulicy dowiedziałam się, że kelnerki mają obowiązek wydawać drobne, bo szkoła z góry zapłaciła za wartość bonów, stąd reszta należała nam się jak najbardziej.

Kelnerki dorabiały sobie jeszcze w inny sposób do pensji – rozrzedzały wodą wódki czyste, tak, że w ciągu tygodnia mogły wynieść z lokalu jedną butelkę, sprzedając ja na czarnym rynku za niemałe pieniądze, ale co ważniejsze – bez kartek.
Okazji do tegoż procederu nie brakowało, tak, jak nie brakowało koneserów napojów wyskokowych, bowiem w restauracji „Zamkowej” skupiało się życie towarzyskie męskiej części miasteczka.
„Gospoda” raz w roku zamieniała się w elegancki lokal, zamykając swoje podwoje dla miejscowego plebsu. Było to w okresie karnawału, kiedy w lokalu należącym do Gminnej Spółdzielni, o czym przypominał zielony znaczek „GS” na obwodzie talerzy, filiżanek i rzeczonych wazoników, organizowano bal karnawałowy dla pracowników. Wczesnym popołudniem w udekorowanych bibułą i balonikami salach bawiły się poprzebierane dzieci pracowników, natomiast wieczorem balowali rodzice. Przez niezasłonięte okna widać było eleganckich mężczyzn w garniturach z muchą i kobiety w długich sukniach, niekiedy przyozdobione świecącymi dżetami, a nawet uszytymi z brokatu! Czułam wówczas powiew wielkiego świata. W ów dzień w miasteczku sklepy czynne były krócej – zresztą i tak bal wypadał w sobotę, ale niejednokrotnie można było pocałować przysłowiową klamkę przed planowaną godziną zamknięcia, bo pani Ostryńska lub pani Lodzia siedziały akurat u fryzjera. Bawiącym się przygrywała orkiestra, której dźwięki niosły się echem wokół rynku. Stoły ustawione były wokół sali, by goście mogli swobodnie tańczyć. Zabawa niejednokrotnie kończyła się o szóstej nad ranem, (za wyjątkiem czasu stanu wojennego) i wtedy to już podobno tak elegancko nie było.

Dziś nie ma już restauracji „Zamkowej”, ani pań kucharek, które na zawołanie kelnerki: „raz zraz!”, co zawsze rozśmieszało mnie i brata, tłukły zażarcie bogu ducha winny kawałek mięsa. Nie ma kelnerek w koronkach na głowie, ani papierosów Carmen. Jak tylko nastała gospodarka wolnego rynku, zamknięto GS i „Zamkową” . Jakaś firma, aż z Wrocławia, otworzyła w tym miejscu sklep ze sprzętem AGD w sali dla palących i drogerią w sali, w której jadałam obiady. Trochę dziwnie się czułam, oglądając dezodoranty tam, gdzie kiedyś wcinałam pierogi. Jeszcze bardziej kuriozalny wyraz miały lodówki, pralki, zamrażarki i kuchenki gazowe, które stały smętnie w sali, dawniej tętniącej życiem, gdzie woń papierosów mieszała się z wonią wódki i zapachami z kuchni, zwłaszcza, że nowi właściciele nie zmienili w lokalu nic, po za wyniesieniem z niego stolików, krzeseł, lady, oraz zaślepieniem zaułku na wprost drzwi, za którym znajdowało się onegdaj okienko podawcze kuchni.
Wkrótce sklep zlikwidowano, bo ileż sprzętu domowego są w stanie kupić mieszkańcy tak małego miasteczka....

poniedziałek, 06 lutego 2006
Facet z długi włosami

Rzeczywistość w miasteczku zdominowana była przez dwa rodzaje wydarzeń. Pierwszym z nich były niewątpliwie informacje o dostawach do sklepów, drugim – plotki o zasięgu miasteczkowym. Mieszkańców wyjątkowo elektryzowały wydarzenia a także osoby, które ingerowały w dzień powszedni prowincji.
Jedna z nich był mężczyzna. Przybył zapewne z jakiegoś bardzo dużego miasta. Ani w Mieście Wojewódzkim ani w Mieście Rejonowym nie widziałam takiego osobnika. Przynajmniej nie w miejscach, które miałam okazję odwiedzać z mamą, czyli w sklepach bądź specjalistycznych przychodniach. Był szczupły, nosił czarną kurtkę z metalowymi ozdobami, czarne, okrutnie wąskie spodnie-rurki, zwane powszechnie „dupościskami”, na nogach ciążyły mu jakieś dziwne czarne buty, sznurowane przez kilkadziesiąt oczek, i miał DŁUGIE WŁOSY. To było coś niesamowitego! Jak tylko dowiedziałam się od sąsiadki, że ów osobnik pojawił się w miasteczku, wsiadłam na rowerek Pelikan i bocznymi uliczkami zaczęłam przemierzać miasteczko, w poszukiwaniu owego cudaka. I znalazłam. Spacerował niedaleko przedszkola ze znaną mi z widzenia dziewczyną. Widziałam go od tyłu i cały czas nie wierzyłam, że to mężczyzna. Gdy odważyłam się minąć wyjątkową parę (bo dziewczyna też miała długie, rozpuszczone włosy), zobaczyłam wąs nad górną wargą, co pozostawiło mój umysł w stanie totalnego szoku. Dotychczas takich osobników widywałam w telewizji, przy okazji wiadomości o chuliganach, narkomanach i innych podejrzanych typach, którzy zostali zauważeni jako „element społeczny” przez „rzetelnych” dziennikarzy Dziennika Telewizyjnego. W miasteczku żaden młody człowiek nie pozwolił sobie na taką ekstrawagancję, przynajmniej nie na etapie szkoły podstawowej czy też ponadpodstawowej, bowiem konserwatywne ciało pedagogiczne niszczyło przejawy inności w zarodku, strasząc wydaleniem ze szkoły, tudzież częstym przepytywaniem przy tablicy, dotkliwe okraszanymi ironicznymi komplementami na forum klasy, o czym nie raz miałam okazję się przekonać jako nastolatka.
Wieść gminna rozeszła się tempem błyskawicy i wiele pań w średnim wieku postanowiło z różnych ważnych powodów wyjść z domu. Dziewczyna poczuła presję obserwatorów i kiedy po raz kolejny mijałam na żółtym rowerku osobliwą parę, nie trzymali się już za ręce.
Moja mama, która z zasady brzydziła się plotkarstwem, unikała znajomych, którzy żyli takimi sensacjami, oddając się pracom na działce. Kiedy pod wieczór wróciła do domu, rozbawiona poinformowała mnie, że wieści o facecie z długimi włosami dotarły aż na skraj miasteczka, gdzie mieliśmy ogródek, bowiem przy pompie odbyła się na tyle żywiołowa dyskusja działkowiczów na temat długich włosów u osobników płci męskiej i związanych z tym przywar charakteru, że miała okazję usłyszeć ją osobiście.
Temat był na tyle skandalizujący, że dziewczyna już nigdy nie pojawiła się w miasteczku z chłopakiem w długich włosach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5