wspominki z czasów dzieciństwa czyli życie na prowincji
Wpisy
Tak się jakoś złożyło, że nie mam kuzynostwa. Mama ma bezdzietnych siostrę i brata, a taty rodzeństwo - poza stryjem- najstarszym bratem- też nie doczekało się potomstwa. Dzieci stryja, w dniu moich urodzin były prawie dorosłe, więc ciężko o bliskie kontakty rodzinne przy tak dużej różnicy wieku, do tego nie spotykaliśmy się często. Jedyne dzieci w rodzinie, które pamiętam, to dzieci kuzynów mojego ojca. Zdarzyło nam się parę razy spotkać na uroczystościach rodzinnych i nawet wspólnie pobawić. Ich babcie, to były siostry mojego dziadka ze strony ojca, do których zwracałam się per ciociu, chociaż osobiście wolałam babciu, gdyż odkąd pamiętam, wyglądały jak babcie. Mieszkały wspólnie ze swoimi mężami w mieście wojewódzkim, blisko centrum, w starej willowej dzielnicy, w pięknym acz zaniedbanym domu. Jako dziecko nie dostrzegałam oczywiście uroków architektury, dawnych ogrodów i okolicy, którą zamieszkiwały, a kiedy wchodziłam do starego, lekko zatęchłego korytarza ich willi, gdzie echo potęgowało odgłos wysokich obcasów mamy, stukających rytmicznie po starej, ceramicznej mozaice podłogowej, odczuwałam strach dopóty, dopóki po dźwięku starodawnego dzwonka nie usłyszałam szurania kapciami w przedpokoju. Ciocia Marysia otwierała ciężkie, rzeźbione drzwi z przyklejonym nieco uśmiechem i nienaganną fryzurą; czarno-siwe włosy zawsze miała ściągnięte w surowy kok. Uśmiechając się przypominała mi skośnooką Azjatkę i zawsze miałam wrażenie, że uśmiech ten bardziej wynikał z grzeczności niż prawdziwej sympatii do mojej mamy. Ale była niezwykle gościnna, podobnie jak ciocia Wiktoria, starsza, nobliwa pani, o surowej twarzy i nieufnym wzroku. Natychmiast po przekroczeniu progu ich domu, jedna z pań szła przez ciemną, wąską sień do kuchni, nastawić czajnik na herbatę, wujaszkowie grzebali w zakamarkach ukrytej w sąsiednim pokoju meblościanki, w poszukiwaniu koniaczku i słodkości. No, chyba, że była to spotkanie oficjalne, z racji imienin któregoś z domowników czy też okrągłych rocznic ślubów, które świętowali uroczyście i w obecności bliższej i dalszej rodziny. Wówczas zapraszani byliśmy do dużego salonu ze staromodnymi plafonami na suficie, z pięknym, acz nadgryzionym zębem czasu balkonem, wysokimi oknami, w którym zasiadaliśmy przy długim poniemieckim stole, nakrytym bielusieńkim, wykrochmalonym obrusem z ręcznie robioną koronką. Światło z zabytkowego żyrandola odbijało się w wypucowanych szybkach staroświeckiej serwantki, wypełnionej dobrymi alkoholami i przedwojenną porcelaną. Ciocie i wujkowie wyciągali najlepszą zastawę, srebrne sztućce i zdobione patery, zabytkowe, kryształowe kieliszki, a wódkę zawsze serwowali w karafce. W dobie najokrutniejszego kryzysu, jakiego przyszło mi doświadczyć podczas stanu wojennego, u nich zawsze z takich okazji serwowano delikatesowe wędliny, w tym chudą szynkę, kilka rodzajów wyśmienitych wypieków i świeżo mieloną kawę, podawaną w szklankach opasanych metalowymi koszyczkami. My, dzieci, zawsze obdarowywani byliśmy cukierkami i prawdziwą czekoladą. Ciotki mieszkały razem. Jedna z nich miała założoną książeczkę mieszkaniową i wpłacając regularnie oszczędności, cierpliwie czekała na przydział niedużego M-2 na betonowym, nowoczesnym osiedlu. Łączyła je szczególna więź – razem przeżyły zesłanie z Kresów na Syberię, gdzie ciężko pracowały w kopalni, niemal na czworakach wynosząc w wiklinowych koszach na plecach ręcznie wydobywane grudy węgla z prymitywnych, niskich i ciasnych korytarzy. Tam właśnie ciocia Marysia nabawiła się wielu schorzeń, które dotkliwie ją doświadczały przez całe życie. Najokrutniejszym skutkiem tamtych czasów była bezpłodność, dlatego z wielkim poświęceniem matkowała trzem synom swojej rodzonej siostry. Ciocie dzieliła niezauważalna różnica wieku, były więc sobie szczególnie bliskie, nie tylko ze względu na więzy rodzinne, ale i z racji wspólnych losów wojennych oraz splotów okoliczności, które sprawiły, że od czasu zasiedlenia na Ziemiach Odzyskanych pozostawały nierozłączne. Kiedy zmarła ciocia Wiktoria, Marysia dotkliwiej odczuwała jej stratę, aniżeli śmierć własnego męża. Z dziecinną szczerością przyznała, że ich wspólnego życia nigdy, ale to nigdy nie zmąciła nawet najmniejsza kłótnia; zawsze doskonale się rozumiały i wspierały w trudnych chwilach, a tych przecież nie brakowało, choćby z racji tego, że przyszło im wychowywać trzech synów w trudnych gomułkowskich czasach.
Najmłodszy z nich – Waldek – był prywaciarzem. Miał nieźle prosperujący warzywniak w centrum miasta wojewódzkiego, przy szlaku handlowym, który prowadził do dworca PKP. Żona Waldka, ciocia Ela zawsze pięknie pachniała, obwieszona była złotem (co niestety zawsze kąśliwie komentowała moja mama) i przypominała mi zachwycającą Irenę Jarocką z okładek winylowych płyt z lat osiemdziesiątych. Mieli dwóch synów, a że byli ode mnie młodsi, więc jako smarkacze płci odmiennej nie byli godnymi partnerami do zabaw.
Wujek Kazik – średni syn -był rozrywkowym facetem. Grywał w zespole muzycznym na dancingach, raz załapał się nawet ze swoją kompanią na jakiś statek wycieczkowy po Bałtyku, w każdym razie „porządnej” czyli stałej pracy w państwowym przedsiębiorstwie nie miał. Nie pamiętam, czym zajmowała się ciotka Bronia- trochę pracowała w ówczesnej Polfie, a potem chyba siedziała w domu i wychowywała ich wspólne córki, Klarę i Tamarę. Klara była rok starszą ode mnie dziewczynką, z czarną gęstą grzywką i włoskami spiętymi w kucyk. Tamara miała piękne blond włosy i niebieskie oczy i była moją rówieśniczką. Spotkałyśmy się u ciotek może ze dwa lub trzy razy i po godzinie krępacji, lody były przełamane, dzięki dyplomacji wujaszka Heńka, męża cioci Marysi, który przynosił z sąsiedniego pokoju dużą ruską lalkę z blond włosami i zamykanymi oczami. Lala była podarkiem od dalszej rodziny ciotek, pozostałej na terenach ówczesnego ZSRR i dekorowała wersalkę w sąsiednim pokoju, siedząc dumnie na szydełkowej serwecie, rozścielonej na tapicerowanym oparciu wersalki. Bawiłyśmy się świetnie! W wieku sześciu lat siedzenie przy stole z dorosłymi, których w dodatku w takim towarzystwie widuje się co najwyżej dwa razy w roku, było zajęciem okropnie nudnym, zwłaszcza w okresie, gdy telewizja kłamie, albo nic nie nadaje. Oczywiście Tamara z racji wieku była mi bliższą. Klara uważała się za nie wiadomo ile starszą od nas, opowiadała niestworzone historie, lubiła rozkazywać i była prowodyrem zabaw, w których najczęściej ona się chowała, a my musiałyśmy ją szukać. Klara- tupeciara zdawała się też być ulubienicą ciotek, które przy każdej okazji powtarzały, jakie to cudowne i mądre dziecko, bo w przyszłości chce zostać weterynarzem. A ja chciałam być sklepową albo nauczycielką. Kolejny raz spotkałam dziewczyny chyba w osiemdziesiątym siódmym roku, na pogrzebie brata dziadka i ciotek – widziałyśmy się tylko przez chwilę, udając, że spotykamy się pierwszy raz. Po ceremonii kościelnej kuzynki wraz z matką musiały wrócić do domu. W rzeczywistości małżeństwo ciotki Bronki z wujkiem przechodziło poważny kryzys, chyba nawet wówczas mieszkali osobno, a obecność żony i córek Kazika na pogrzebie stryja była czysto kurtuazyjna. Prawdziwy szok przeżyłam jakieś dwa lata temu, kiedy przyszło nam znów spotkać się na pogrzebie, tym razem niestety cioci Marysi – po ślicznych, wesołych dziewczynkach nie pozostał nawet ślad. Klara nie została weterynarzem, a Tamara ledwie ukończyła szkołę zawodową. Wyglądają jak siostry-bliźniaczki, obydwie z amerykańską wręcz otyłością, w porozciąganych, zmechaconych bluzach, dżinsach opinających tłuste niczym dwa balerony nogi, opuchnięte na twarzy, z odrostem po drastycznej próbie bycia seksowną blondynką i gromadką zasmarkanych maluchów z cygańskim temperamentem u boku.
Wujka Janka, najstarszego syna ciotki Wiktorii, ledwo kojarzę - widziałam go może ze dwa razy i to jako mała dziewczynka. Pamiętam, że miał prywatną piekarnię, pół starego, poniemieckiego segmentu, za którym rozrastało się blokowisko i wiecznie nadąsaną żonę Wandzię. Wandzia uchodziła za piękną kobietę, która od życia chciała więcej, aniżeli oferował jej mąż z całkiem nieźle prosperującą piekarnią na obrzeżach przeludnionego osiedla. Sama pracowała w jakimś biurze, zawsze miała nienagannie pomalowane paznokcie i lubiła chodzić w futrach oraz modnych kożuchach– tak ją zapamiętałam. Mieli dwójkę dzieci. Aśka była ode mnie dwa lata starszą dziewczynką, której w życiu nie brakowało niczego, oprócz dobrych manier. Bartek - blond loki do ramion i trzpiotowate oczy, które były dokładnym odzwierciedleniem charakteru kuzyna. Ciocia Marysia zawsze biadoliła, że dzieci mają wszystko, ale są zaniedbane, co brzmiało dla mnie wówczas enigmatycznie, a co z perspektywy czasu doskonale rozumiem. I właśnie ci najmniej znani mi kuzyni wraz z rodzicami odwiedzili nas któregoś pięknego dnia. Na pewno był to dzień wolny, może nawet świąteczny, bo przypominam sobie obecność taty w domu, który po rozstaniu z mamą, przyjeżdżał jeszcze przez dwa lata do nas na święta. Nie wiem jaki był powód tych odwiedzin, ale przyjechali. Ja ucieszyłam się okropnie, że w końcu będę mogła się z kimś pobawić. Korpulentna Aśka z ogromnymi kokardami wokół kucyków, w białych, opiętych do granic możliwości rajtuzach i przykrótkiej bistorowej spódniczce natychmiast przewróciła mój pokój do góry nogami. Pościągała z półki wszystkie lalki, chcąc je poprzebierać, a efekt był taki, że niemal wszystkie leżały gołe na podłodze. Bartek rozsypał skrzynię z klockami, i po chwili zabawy znudzony zostawił je na środku pokoju. Aśka tymczasem wyciągała moje gry planszowe, pudełka, przybory do rysowania i inne skarby. Niespełna po godzinie mój pokój wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Żeńska część tornada, lat osiem, szybko przypomniała sobie o tym, że jest głodna. Wsunęła dwa talerze rosołu, zjadła dwa kotlety schabowe z ziemniakami i surówką i wypiła dwie butelki czerwonej oranżady, po czym rozparła się wygodnie na krześle i z uwagą przysłuchiwała się dyskusji dorosłych. Mnie pozostały ziemniaki bez kotleta i straszny bałagan. Kiedy mama to zobaczyła, wypchnęła nas dla bezpieczeństwa do pokoju brata, żebyśmy nie powykręcali sobie nóg i tam się pobawili, bo kuzyni nie wykazywali ochoty na wspólne układanie.
Brat był wówczas poważnym szóstoklasistą, więc jedyną zabawkę jaką miał w pokoju był model samolotu pasażerskiego, w dodatku na resorach. Owo cudo dostał od mojej chrzestnej, która wyjeżdżała swego czasu na kontrakty do Czechosłowacji. Kiedy Bartek zobaczył samolot, bez pozwolenia wdrapał się na regał i już za chwilę siedział na dywanie, majstrując przy podwoziu maszyny. Zafascynowany możliwościami zabawki nie zauważył, kiedy moja mama weszła do pokoju i dała nam tabliczkę czekolady. To pewnie śmieszne, ale pamiętam błękitne, wysuwane opakowanie, pod którym w pergaminowym papierze kryła się mleczna rozkosz. „Poczęstuj Asię i Bartka!” – usłyszałam. Posłusznie rozpakowałam tabliczkę, łamiąc uprzednio jej początek na kilka kostek. Podsunęłam czekoladę kuzynom, którzy jednocześnie wyciągnęli dłonie; na końcu ja- jak na gospodarza przystało. Nie zdążyłam przełknąć słodkiej kosteczki, gdy Aśka wyrwała mi tabliczkę z rąk, odsunęła do końca opakowanie i wpakowała sobie do ust niczym kanapkę. Z apetytem pochłaniała kolejne rzędy czekoladowych kostek, wprawiając mnie w osłupienie. Przecież ta czekolada miała być jeszcze na później i dla nas wszystkich! Co za barbarzyństwo! Gdybym była sama, to delektowałabym się nią jeszcze ze dwa dni! Aśka, przeżuwając ostatnie kostki, rzuciła zgniecione w kulkę opakowanie po czekoladzie na stół, po czym poczłapała do rodziców, bo już jej się nudziło – my nie mieliśmy "nawet" kolorowego telewizora, „lalki mam brzydkie”, „Bartek jest głupi”, więc chciała wracać do domu. Dorośli chcieli jeszcze chwilę posiedzieć, więc ciotka przyszła do pokoju, udobruchać Aśkę resztką swojego kotleta i obietnicą czekolady, która miała czekać na nią w domu. Aśka zaczęła się mazać, a ciotka Wanda zainteresowała się nagle samolotem i cicho siedzącym Bartkiem, stawiając brata za wzór. Kiedy spytała Bartka, co to za samolot, gówniarz bezczelnie odpowiedział: „To mój! Kasia mi dała!” Ciotka ucieszyła się szczerze, ucałowała mnie po matczynemu w czoło, otumaniając mi zmysł węchu słodką chmurą perfum, a ja wiedziałam, że mam... PRZESRANE! Samolot był świętością brata, a jak wiadomo, świętość brata jest nietykalna, zwłaszcza pod jego nieobecność...
Barbarzyńcy wkrótce sobie pojechali, zostawiając pobojowisko w naszym pokoju i w moich uczuciach. Za rzekome podarowanie kuzynowi bezcennego samolotu dostałam niezłą burę, na nic zdały się moje tłumaczenia.
Miałam ich już nigdy więcej nie zobaczyć. W 1984 roku, tuż przed Gwiazdką wyjechali na wycieczkę do Grecji, a stamtąd, po trzymiesięcznym pobycie w obozie dla uchodźców, wyemigrowali do Australii, gdzie mieszkał ojciec ciotki. Marzenie Wandy ziściło się – w końcu będzie mogła leżeć nad brzegiem basenu i odchudzać się, jedząc same mandarynki – owoce na ów czas tak egzotyczne, że znałam je tylko z nazwy. W rzeczywistości dostała fizyczną pracę w pralni, wujek początkowo pracował jako budowlaniec, później załapał się na pomocnika w jakiejś polonijnej piekarni. Aśka skończyła szkołę pielęgniarską i dwukrotnie leczyła się w klinice odchudzającej, bez większych efektów. Bartek jest absolwentem szkoły wojskowej, ożenił się i mieszka gdzieś w Nowej Południowej Walii. Przez bez mała trzydzieści lat żadne z nich nie odwiedziło kraju, z którego wyjechali, goniąc marzenia o lepszym życiu.
To był piękny, czerwcowy dzień. Słońce obudziło mnie mocnym blaskiem, który zwiastował rychłe nadejście wakacji. Mama weszła do pokoju i mobilizując mnie słowami „Wstawaj, zobacz jakie piękne słońce!” otworzyła na oścież okno. Zmrużyłam leniwie oczy, bo słońce operowało jeszcze mocniej, wdzierając się bezczelnie w uwolnioną od jasnych zasłon przestrzeń okna. Do pokoju wpadł rześki powiew powietrza, nasycony zapachem rosy i przekwitającego bzu, który od kilkunastu lat rozrastał się na podwórzu sąsiadów. Z kuchni dochodził gwizd czajnika i szum porannej audycji Sygnały Dnia. Mama rozścieliła sfatygowany pled z frędzlami, jedyną pamiątkę po swojej babci, na szerokim parapecie, po czym wzięła poduszkę ze swojej kanapy, wyrównała ją starannie i rozłożyła na połowie okna. To samo zrobiła z moją poduchą, ciepłą jeszcze od spokojnego snu dziecka. Przeciągnęłam się rozkosznie i powędrowałam ochoczo do łazienki. Taki ranek i perspektywa wakacji działały zawsze mobilizująco. Kiedy wróciłam z łazienki, pokój był już przewietrzony, a na moim niepościelonym jeszcze łóżku, w nogach, piętrzyła się złożona na czworo kołdra mamy, brata i poduchy z gościnnego pokoju, które na co dzień trzymane w schowku wersalki, mama postanowiła również przewietrzyć. Jak w rosyjskiej bajce ludowej! – pomyślałam patrząc na efektowną piramidę z pościeli.
Popołudnie było prawdziwie upalne. Wróciwszy do domu, zdjęłam zakurzone skarpetki, które parzyły moje stopy w sandałach z czerwonych, skórzanych pasków. Szybko zjadłam odgrzany naprędce przez mamę obiad, odrobiłam lekcje i z kluczem w kieszeni oraz foliowym workiem pobiegłam na dwór. Razem z koleżankami miałyśmy zrywać kwiaty do sypania. To był już piąty dzień oktawy Bożego Ciała i zapasy zrobione przed czwartkowym świętem skończyły się, a że dzieci na nabożeństwo w tygodniu przychodziło o połowę mniej, mniej było też „surowca” do sypania, przynoszonego na z dnia na dzień. Natura jednak nie poskąpiła kwiatów, bo na skutek gwałtownie wysokich temperatur późna wiosna jeszcze się nie skończyła, a rośliny zwiastujące lato już rozkwitały. Zatem zrywałyśmy kwiaty bzu, jaśminu, głogu, dorzucając do plastikowych toreb fioletowy i różowy łubin, płatki maków ogrodowych, piwonii, dzikich róż, a z łąk targałyśmy kilogramy główek rzeżuchy łąkowej, stokrotek, koniczyny i - rozsianego niemal przy każdej ścieżce i w każdym rowie - podagrycznika pospolitego. Tych kilka pierwszych dni czerwca niesamowicie połączyło obie pory roku, co czuć było szczególnie, kiedy odchyliłyśmy z Józią wierzch foliowego worka: słodki, ciężki aromat kwiatów, duszonych niemal w sosie własnym, drażnił niemiłosiernie nozdrza. Zapach ów intensywniał w kościele. Woń kwiatów przesypanych do wielkiego, usłanego białym materiałem kosza, mieszała się z wonią kadzidła, kościelnego chłodu i specyficznej woni, która wydobywała się z zakamarków kościelnych za sprawą nietoperzy, które całymi chmarami zamieszkiwały kościelne poddasze. A w miasteczku kwiatów nie sypało się z małych koszyczków, tylko idące w dwóch rzędach dziewczynki, podchodziły parami do wielkiego wiklinowego kosza, noszonego podczas procesji przez ministrantów, i garściami nabierały kwiecie, by rzucić je na koniec kilkumetrowego odcinka pod nogi księdza z monstrancją. Cały ten obrządek był dla mnie magiczny, wzbudzał przyjemny dreszcz i okropnie tremował. Trzeba było pilnować rytmu, uważać na wskazówki pani Danki, która co rok charytatywnie przygotowywała dziewczynki do sypania kwiatów, powtarzać z koleżanką do pary: święty, święty Pan Bóg Zastępów, co nie było takie proste, gdy ministranci zagłuszali nas dzwonkami, a kółko różańcowe, podążające tuż za baldachimem skrzekliwe i w czterech różnych i nie pasujących do siebie tonacjach intonowało Zróbcie mu miejsce, Pan idzie z nieba...Dopiero gdy niewielki tłumek, pachnący ziołami, naftaliną i mydłem toaletowym, niosący w pomarszczonych dłoniach, na wpół dopalone świece, dobrnął do fragmentu zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się Jego dzieciom powodzi.. cała procesja łapała jako taki rytm wokalny i pieszy.
Tego dnia, kiedy zaniosłyśmy z Józią kwiaty do kościoła, zostało jeszcze ponad godzinę do wieczornego nabożeństwa. Chwilę poskakałyśmy w gumę, wykorzystując jako trzecią lampę na moim podwórku, po czym Józia pobiegła do domu przebrać się w białą sukienkę. Ja, umorusana po całym dniu, z zielonymi łydkami od brodzenia po soczyście zielonej trawie i siwymi od kurzu kolanami (bo co to za granie w gumę jak się człowiek nie poślizgnie na pisaku i nie wyrżnie o ziemię) postanowiłam wziąć szybki prysznic. Wpadłam do pustego domu. Mama wciąż była na działce, brat gdzieś przepadł, a w mieszkaniu czuć było chłód. Czerwcowe słońce nie rozgrzało dostatecznie starych murów, które szybko wyziębiały się podczas chłodnych nocy. Zdjęłam kolejną partię przewietrzonych poduszek z okna w moim pokoju, zwłaszcza, że powietrze zrobiło się ciężkie, duszne i wyraźnie zbierało się na deszcz. Nie wiedząc, co mam zrobić z poduchami, ułożyłam je na stosie, który już okupował moje łóżko. Powstała z niego spora góra. Łóżko stało tuż po prawej stronie od wejścia, przy ścianie, więc stosik pięknie maskował tę część pokoju. Zamknęłam okno, poszłam się kąpać, po czym szybko ubrałam na siebie koronkową sukienkę z odzysku (po wnuczce znajomej mamy z Wolnicy). Posmarowałam buzie kremem nivea, którego pokrywka pękła, spadając na lastrykowe, skromne płytki naszej łazienki. Pozostało mi tylko przygładzenie wodą sterczących pojedynczych włosów, które mama co rano zaplatała mi w grubego warkocza. Sprawnie nałożyłam sztuczny wianek, udekorowany przywiędłym mirtem i już biegłam na zbiórkę do kościoła, zwłaszcza że dzwony donośnie obwieszczały niedalekie rozpoczęcie nabożeństwa. Kiedy dochodziłam do świątyni, grube, ciepłe krople deszczu rozbijały się nieregularnie o zakurzone chodniki, a zza pobliskiej góry zamkowej straszyły jadowite błyskawice. Gwałtowna burza jednak przeszła bokiem, ledwie mocząc rozgrzane upałem miasteczko. Po krótkim, acz ulewnym deszczu nie było śladu. Zapach kwiatów, kadzidła i ozonu spowodował, że straszliwie zachciało mi się spać, co bezwiednie okazywałam, klęcząc po procesji w drugiej ławce z przodu przed obrazem Madonny z Dzieciątkiem, który rzekomo był wyjątkowy. Niektórzy – w tym sam proboszcz –mówili, że był cudowny, bo Maryja trzymała dziecko zwyczajowo nie na lewej, lecz na prawej ręce. Nie mogłam dopatrzyć się w tym żadnego cudu, więc wyłączywszy się z obrzędów religijnych, ziewałam sobie beztrosko i bezmyślnie, połykając końcówki nabożnych pieśni. Po mszy, lekko przytłumiona kościelnym zapachem, burzą i upałem, który doskwierał przez cały dzień, podreptałam do domu, gdzie znów nikogo nie zastałam. Zdjęłam białą sukienkę i otworzyłam okno. Na dworze było duszno i mimo dwudziestej godziny, wciąż tak jasno! Na podwórzu panowała cisza, tłumna zazwyczaj uliczka w stronę bloków opustoszała, jedynie dwie starsze panie opieszale wracały z nabożeństwa do domu, co chwilę przystając, by pogawędzić; ktoś przejechała na starym, skrzypiącym rowerze. W dali słychać było stłumione ptasie trele. Nikogo nie wypatrzyłam na zewnątrz, przymknęłam więc jedno skrzydło okna i podreptałam do kuchni. Otworzyłam chlebak, gdzie znalazłam połówkę krzywo ukrojonego chleba. To był czasy, gdzie nie krojono chleba na kromki i obwijano go w folię, a zmierzenie się z dużym nożem z czarną rączką przewyższało moje dziecięce możliwości. Rada-nie-rada zrezygnowałam z kolacji, dobranockę i tak już przegapiłam w kościele, więc postanowiłam, że poczekam na mamę w łóżku. Strasznie lubiłam chować się pod wietrzoną na słońcu pościelą i sama nie wiem, kiedy odpłynęłam, skulona na połowie tapczanu w kłębek niczym kocię, nad którym piętrzył się ponad metrowy stos poduszek i kołder.
Rano obudziła mnie mama. Z niedowierzaniem wypytywała, czy aby na pewno się wyspałam i czy dobrze się czuję, bo spałam jak zabita jakieś jedenaście godzin. Lekko oszołomiona stwierdziłam, że nie mam na sobie piżamki w kwiatuszki tylko białą koszulkę na ramiączkach i majtki. Spytałam się mamy, czemu tak śpię. Mama odpowiedziała tylko, że z bratem szukali mnie wczorajszego wieczoru ponad godzinę. Wróciła z działki, zobaczyła z przedpokoju rozłożone na krześle ubranko kościelne, a nie dostrzegła mojego codziennego, które zakurzone i z plamami od trawy zaniosłam do kosza na brudną bieliznę. Jako że w domu panowała cisza, a ja niezauważona spałam za stosem poduszek i kołder, rodzina zaczęła mnie szukać, bo pora jak na ośmiolatkę, była późna. Mama z bratem musieli być mocno zaniepokojeni moim zniknięciem - wypytywali o mnie dzieci sąsiadów i znajomych, obchodząc pobliskie podwórka. Brat wsiadł na rower, żeby objechać dalej położone place zabaw, a zrezygnowana mama po godzinie wróciła do domu i weszła do pokoju, aby wypatrywać mnie z okna. Po kilkunastu minutach odwróciła się i spojrzała na łóżko stojące naprzeciw okna, obłożone w połowie piramidą z poduszek, obok której pod kołdrą w paski spało sobie jej własne, rzekomo krnąbrne dziecko... Spod niedbale ułożonej kołdry wysuwała się opalona dłoń i rozczochrany warkocz, z którego sterczały resztki zwiędłego mirtu, zaplątane podczas ściągania wianka.
W szkole wzbudziłam niemałą sensację. Starsza siostra Józi podeszła do mnie i spytała, gdzie byłam, bo pół miasteczka postawiono na nogi, żeby mnie odszukać. Ale główne pytania padały o karę, jaka mnie miała czekać za wychodzenie z domu po ósmej. Dzieci z niedowierzaniem słuchały moich tłumaczeń, że można było w biały jeszcze dzień, mając wolną chatę, zwyczajnie położyć się spać, i w dodatku nikt tego nie zauważył.
Kiedy miałam prawie sześć lat i umiałam już płynnie czytać, mama kupiła mi mój pierwszy „Świerszczyk” – czasopismo dla małych dzieci. Byłam strasznie dumna, bowiem „Świerszczyk” był bardziej „dorosły” od czasopisma dla maluchów „Miś”, miał więcej stron do czytania, a nie tylko zagadki, rebusy i ilustracje.
Pamiętam opowiadanie pt. „Czekoladki” - niesamowicie mnie poruszyło, a nawet oburzyło. Narratorką była babcia, która wspominała swoje dzieciństwo przed wojną, kiedy jako mała dziewczynka pomagała mamie w zakładzie krawieckim. Ponieważ żyli bardzo skromnie, zajmowała wraz z rodzeństwem jedną izbę, gdzie jej mama szyła piękne suknie dla bogatych mieszczanek. Pewnego dnia – a był to prima aprilis - jedna z klientek przyszła po odbiór sukienki i przyniosła dzieciom duże, eleganckie pudełko czekoladek. Dziewczynce i jej siostrom oczy aż zaświeciły się z radości, matka-krawcowa wzruszyła się szczodrością klientki. Jakże wielkie było ich rozczarowanie, kiedy w pudełku, w błyszczących sreberkach zamiast słodkich pomadek, znanych tylko ze sklepowych wystaw, maluchy znalazły szare papierki. Damulka widząc miny dzieciaków i ich matki, wybuchła śmiechem i rozbawiona rzuciła: „prima aprilis”, po czym wyszła. Kiedy skończyłam czytać tę opowieść, łzy polały mi się jak grochy, ponieważ zbyt dobrze znałam tego typu rozczarowania – był rok osiemdziesiąty pierwszy i kryzys, który rozumiałam wówczas głównie jako brak słodyczy w sklepach. Do tego to okropne zachowanie damulki – jak tak można? Biedne dzieci!
Nigdy nie sądziłam, że podobną sytuacje przyjdzie mi przeżyć na własnej skórze.
Kilka lat później, moja cudowna ciocia Halinka z Wrocławia, podczas kolejnej weekendowej wizyty u nas w domu, z uwagą oglądała moją imponującą kolekcję historyjek z gumy Donald, które zbierałam od kilku lat. Część z nich, o bardzo unikalnej tematyce, udało mi się pozyskać, oddając grającą pocztówkę, kolportowaną przez RUCH z Marylą Rodowicz i jej słynną „Małgośką”. Kartka nie chciała grać na moim adapterze „Bambino”, więc wymieniłam ją na kilka historyjek, które stanowiły oficjalny środek płatniczy w szkołach. Po za tym zbierałam jeszcze widokówki z widokami różnych miast oraz plakaty z Zielonego Sztandaru. Moim „najlepszym” był plakat Modern Talking. Ciocia Halinka stwierdziła, że jakość zdjęcia jest fatalna – i pewnie miała rację – a jej znajomi, którzy mają willę we Wrocławiu i rodzinę w RFN, pokazywali jej czasopismo niemieckie, w którym zamieszczony był obszerny wywiad z moim bożyszcze, Thomasem Andersem, i jego świeżo poślubioną żoną-milionerką o niepospolitym imieniu Nora. W tymże piśmie, rozkładówkę zajmowało olbrzymie zdjęcie Thomasa i Nory. Thomas, ubrany na biało siedział przy białym fortepianie, na którym w wyszukanej pozie leżała w różowej sukni i różowym boa ze strusich piór boska Nora. Ciocia Halinka zachwycała się jakością fizyczną i artystyczną owego zdjęcia, które dane jej było zobaczyć na własne oczy. Oczami wyobraźni widziałam to cudowne zdjęcie w tej gazecie z RFN i musiałam mieć chyba psią minę, bo ciocia zadeklarowała, że kiedy następnym razem przyjedzie do nas, to pożyczy tę cudowną gazetę od tych wspaniałych znajomych, abym mogła sobie popatrzeć. Niestety od razu zastrzegła, że nie będzie mogła mi jej zostawić, bo o to już pytała znajomych, znając moją fascynację muzyką Modern Talking. Szczęście przepełniło mą duszę. Już nie mogłam się doczekać, kiedy ciocia pojedzie do domu i znowu do nas przyjedzie, a miały to być dwa, a może nawet trzy długie tygodnie.
Ciocia znów rozgadała się na temat swoich znajomych, jakie to oni prowadzą życie towarzyskie, gdzie nie bywają i ile paczek w roku dostają od rodziny z boskiego Zachodu. I wtedy właśnie temat zszedł na czekolady, takie w tabliczkach. Ciocia rzekła, że ile razy u nich jest z wizytą, tyle razy częstują ją wspaniałej jakości czekoladą z RFN. Za każdym razem jest to inna tabliczka i aż szkoda wyrzucać te piękne, misternie zdobione opakowania, wobec czego ona będzie prosić tych znajomych, by odkładali je dla mnie, nie pytając mnie w ogóle, co ja na to. A mnie się to wcale nie podobało, owszem, dzieciaki w mojej klasie zbierały opakowania po czekoladach, ale wtedy, kiedy miały możność spróbowania ich osobiście; kiedy jakiś dobry wujek z zagranicy przysłał paczkę na święta, albo rodziców stać było na zakupy w Peweksie – słowem – trzeba było mieć stałe źródło „dochodu”, żeby móc zachwalać towar. Ja zmyślać nie umiałam, a i tak w takiej małej mieścinie nawet dzieci wiedziały o sobie wszystko, więc bajer o cioci z RFN by nie przeszedł. Szpanowanie opakowaniami po czekoladach, których się nie spróbowało, nie miałoby więc sensu.
Niestety nie potrafiłam wtedy podzielić się z ciocią moimi obawami ani odmówić wprost. Mama nie nauczyła mnie asertywności, wpajała mi wręcz coś przeciwnego, z czym mam problemy do dziś.
Ciocia wyjechała, ja zaś z utęsknieniem czekałam na jej powrót i gazetę z Thomasem Andersem przy białym fortepianie i z różową Norą w piórach. W skrytości serca marzyłam, by ciocia zapomniała o opakowaniach po czekoladach. Ciocia jednak nie zapomniała. Kiedy odwiedziła nas ponownie, przywiozła tę wspaniałą gazetę, którą mogłam oglądać tylko po dokładnym umyciu rąk, aby w stanie idealnym powróciła do właścicieli, oraz chyba ze trzydzieści różnych, naprawdę pięknych opakowań po czekoladach. Ich właścicielka tak się spieszyła, żeby mi je podarować, że z niektórych nie powyciągała srebrzystej folii, pośród której jeszcze pełno było okruchów aromatycznej czekolady. Zamknęłam się w swoim pokoju i ze łzami w oczach oraz żalem w sercu przeglądnęłam wszystkie te cuda, po czym z westchnieniem schowałam je do szarego pudełka po butach, do którego zaglądałam tylko wtedy, kiedy ciocia Halinka przywoziła mi kolejną porcję „zdobyczy”. Na szczęście rodzina z RFN przysyłała mojej „dobrodziejce” te same sorty, wiec po jakimś czasie miałam w swojej kolekcji kilka takich samych opakowań, co było dostatecznym pretekstem do cichutkiego zwrócenia uwagi mojej cioci Halince, że już dosyć. Ale nim to nastąpiło, za każdym razem, kiedy otwierałam szare pudełko, czułam się jak babcia-dziewczynka z opowiadania w „Świerszczyku”.
