|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Historyczne
Podaj dalej!
Polecam
Różne i ciekawe
|
wspominki z czasów dzieciństwa czyli życie na prowincji
sobota, 23 sierpnia 2008
Franek Kimono
...czyli de facto pierwszy raper w Peerelu :) O tym, że Franek Kimono jest wiecznie żywy, może świadczyć nie tylko jeden z seksistowskich hitów tego lata pt. "W aucie", ale i fakt, że znalałam w sieci oficjalną stronę Franka. Mnie Franek kojarzy się też z kawałkiem "Pola Monola + Coca Cola", w którym tyle było "zagranicznych" słów, z Listą Przebojów Dwójki i z wygłupami na szkolnej przerwie - każdy jak umiał, walczył z powietrzem, śpiewając: "ja jestem king brus li karate miszcz".
środa, 17 maja 2006
Kiełbaski, Czarnobyl i majowe festyny
Pierwszy tydzień maja niezmiennie od niemal piętnastu lat obfituje w festyny z okazji Święta Pracy i rocznicy ustanowienia Konstytucji Trzeciego Maja. Ile w tym świętowania, a ile czystej rozrywki - czytający ten wpis wiedzą najlepiej. Jeśli tylko pogoda dopisuje, nieoficjalnie zaczyna się sezon grillowy i piwny, obojętnie, które z świąt celebrujemy. Wszędzie pełno namiotów z dymiącymi kiełbaskami, pieczonym mięskiem, piwem serwowanym w platikowych kubkach i kubłami, które nie są w stanie pomieścić odpadów. Jest okazja, żeby się spotkać ze znajomymi, wypić złote piwo w promieniach słońca, popatrzeć na mierne występy młodzieży z domu kultury (to najlepszy dowód o stanie naszej kultury) i zrujnować się na atrakcjach dla najmłodszych: kupując balony za dziesięc złotych i bilety wstępu na wszelkiej maści dmuchane baseny z kulkami, pałacyki, zjeżdżalnie itp. Dawniej świętowaliśmy tylko 1 Maja, a koronnym punktem dnia był pochód. Nawet w miasteczku. Pamiętam jak mama zabierała mnie przed pietnastą z przedszkola, kupowała mi w kiosku biało-czerwoną chorągiewkę na patyku , za pięćdziesiąt groszy i maszerowałyśmy spod Urzędu Miasta pod pomnik bohaterów Armii Ludowej, jakieś sto metrów może, ale pochód był. Pewnego razu, a dokładnie w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, festyn pierwszomajowy po raz pierwszy przerodził się majowy długi weekend. Wprawdzie pierwszy maja przypadał w niedzielę, ale już w piątek decyzją miejscowej Rady Narodowej dzień pracy skrócono i pracownicy miejscowych zakładów czynnie wzięli udział w przygotowaniach do wielkiego festynu pierwszomajowego. Jedni rozstawiali scenę na rynku, inni stoisko z własnymi produktami, a pracownicy GS rozłożyli kuchnię polową, gdzie można było nabyć za blilety Narodowego Banku Polskiego gotowaną kiełbaskę na gorąco z musztardą i chlebem, jakąś zupę oraz napoje gazowane i chyba nawet piwo. Pojawiły się kramy z rozmaitościami typu broszki i ozdoby do włosów z modeliny, z zabawkami odpustowymi i watą cukrową - wszystko w oprawie specjalnego programu ku czci majowego święta, który przygotowali nauczyciele wraz z uczniami ze szkoły podstawowej. W sobotę od rana na boisku rozgrywano mecze piłki nożnej między drużynami z rejonu, delegacje miejscowych urzędów i zakładów brały udział w mini-olimpiadzie sportowej dla ludzi pracy. Trochę komicznie wyglądali dorośli, którzy w kusych dresach marki Polsport na wyścigi skakali w workach. Po południu zaś, ciągle coś działo się na scenie miejskiej: a to kabaret, a to koncert zespołu Koła Gospodyń Wiejskich z Sąsiedniej Wsi, a to popisy tancerzy z miasta rejonowego, a wieczorem można było samemu potańczyć pod chmurką - grał zespół, którego stylizacja sięgała do lat siedemdziesiątych: pekaesy i spodnie- dzwony oraz nieco dłuższe włosy i wąs ala Krzysztof Krawczyk. Repertuar też. To wszystko było nader podejrzane, zwłaszcza ta kiełbasa, bez kartek, bez ograniczeń, dla wszystkich, i na którą stać było niemal każdego. Jeśli zabrakło, to dowieźli. Moja mama wietrzyła podstęp i już w piątek mówiła do brata, że coś jej nie pasuje. Szydło wyszło z worka w niedzielę, kiedy to po południu i po pochodzie pierwszomajowym, który naturalnie miał miejsce o godzinie odprawiania w kościele Sumy, dyrektor domu kultury wraz z dyrekcją szkoły zapraszał kolejne klasy do ośrodka zdrowia na profilaktyczne picie jodu w takich śmiesznych szklanych kieliszkach. Dlaczego klasy? - Niedziela, pierwszego maja, była dniem, kiedy o dziewiątej mieliśmy się stawić w szkole, pani sprawdzała obecność a usprawiedliwieni z absencji byli tylko dojeżdżający. Naszym zadaniem był oczywiście udział w pochodzie oraz robienie tłumu na rynku. Zresztą zapowiedziano nam mnóstwo atrakcji, więc przyjście do szkoły i grupowe wyjście do miasta było dla nas całkiem miłą perspektywą. Około szesnatsej poszliśmy więc do ośrodka zdrowia, świetnie poinformowani przez poprzedników, że jod to ohyda, a kogo brakowało ze strachu lub przyczyn obiektywnych, miał stawić się na drugi dzień. Nauczyciele wyjaśniali nam, że w Związku Radzieckim był wypadek w elektrowni, że oczywiście nic nam nie grozi, ale tak dla pewności dzieci powinny wypić lekarstwo, bo mogą się rozchorować, gdyż nie są tak silne jak dorośli. Mama czuła, że to nic dobrego, zresztą przez ostanie dni narzekała na fizyczne pogorszenie zdrowia- było jej słabo i bardzo bolała ją głowa, ale zrzucała to na karb przepracowania w ogrodzie i przemęczenia ogólnego. Kiedy usłyszała o Czarnobylu, była pewna, że jej samopoczucie i nasze popijanie jodu oraz kiełbaski na festynie mają coś z tym wspólnego i że tak naprawdę nikt nie wie o co chodzi z tą elektrownią atomową i co to jest ta awaria. O tej katastrofie do dziś powiedziano już wiele, wtedy prawie nic. Dla mnie namacalnym skutkiem było to, że mama mojego kolegi poroniła pod koniec piątego miesiąca ciąży. Aborcja sprawiła, że mama Jarka już nigdy potem nie mogła urodzić dziecka i na zawsze straciła ten blask z pięknych, ciemnych oczu... Justyna miałaby dziś prawie dwadzieścia lat... Pisząc o festynie pierwszomajowym i patrząc na sterty śmieci, zwożone po współczesnych imprezach tego typu, a które potwierdzają nasze konsumpcyjne charaktery dosłownie i w przenośni, sięgam pamięcią do czasów, o których piszę, kiedy pod względem ekologii moglibyśmy przodować. Jak człowiek kupował loda na patyku, to był to PATYK a nie kwałek plastiku udający patyk. Czy patyk może być plastikowy? Kiełbaskę podawano na kartonowych tackach, do tego drewniany widelec. Piwo pijano z butelki, barszczyk podawano w papierowych kubkach. Lemoniadę rozlewano do butelek z kaucją, nawet te półtoralitrowe były na wymianę. Pamiętam zbiórki kapsli w sklepie i prężnie działające skupy makulatury - szczerze mówiąc, widziałam współcześnie tylko jeden w byłym mieście wojewódzkim, które liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. W warzywaniaku warzywa pakowano w brązowe papierowe torebki, w spożywczym cukierki na wagę przesypywano w tutki, mięso i wędliny zawijano w papier, a nie w te ohydne worki jak dziś, z których, po dłuższych zakupach człowiek wyciąga ociekające wodą mięso z prawdziwym obrzydzeniem - już nie raz miałam obiekcje, czy nie zostać wegetarianką. Aż przyszedł rok dziewięćdziesiąty i po otwarciu granic zachłysnęliśmy się Zachodem w postaci butelek PET, wszelkich plastikowych pudełeczek, woreczków, sztućców i tym podobnych utensiliów, które rozkładają się w środowisku setki lat - zrobiliśmy z siebie wysypisko śmieci dla Europy Zachodniej, która właśnie zaczęła wprowadzać do Mc Donaldów drewniane widelczyki do frytek i papierowe kubki do kawy...
niedziela, 30 kwietnia 2006
31 lat temu....
...i obfitował w wiele ciekawych wydarzeń:
co było kontynuacją tendencji w wyżu demografoicznego, zapoczątkowanego w roku 1974. A teraz moje dziecko ledwie dostało się do przedszkola, bo brakuje miejsc, gdyż na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się niż demograficzny i wskutek reform polikwidowano przedszkola, nikt jednak nie pomyślał, że przedszkola znów będą przepełnione, bo niech członkowie pokolenia wyżu z lat siedemdziesiatych mają tylko po jednym dziecku.....(moja osobista dygresja) Średnia płaca wynosiła 3562 zł, a ceny kształtowały się następująco: chleb - 4 zł mleko - 2,90 zł piwo - 3 zł coca-cola 5 zł czekolada - 19 zł banany - 45 zł papierosy "Sport" - 6 zł pasta do zębów "Pollena" - 12 zł trwała ondulacja - 90 zł bilet na pociąg osobowy 100 km 2 klasa - 60 zł samochód Fiat 126p - 67 700 zł, na który trzeba było pracować 19 miesięcy czyli ponad półtora roku...* * informacje pochodzą z zabawnej kartki, którą dostałam od Chrzestnej, na ile są wiarygodne - nie zdążyłam sprawdzić, ale na kartce była informacja, że reżyserem nominowanego do Oscara filmu "Noce i dnie" był Andrzej Wajda :) A 61 lat temu Adolf Hitler popełnił samobójstwo, ale tak daleko wstecz nie zamierzam blogować!
sobota, 15 kwietnia 2006
Wielkanoc
Trudno
nie kojarzyć Wielkanocy z wiosną, zwłaszcza w Miasteczku. Mimo jedynego i
słusznego światopoglądu, który od zakończenia wojny panował w naszym kraju, to
właśnie z okazji Wielkanocy w Miasteczku pojawiała się większa ilość osób,
które sprzątały po zimie: wymiatały piach z chodników i nadbrzeży ulic,
czyściły trawniki i skwery, na których pojawiały się pierwsze wiosenne bratki.
Jeśli się zastanowić, to pod względem ilości świąt kościelnych, ustawowo
wolnych od pracy, mieliśmy chyba najwięcej z krajów byłej RWPG, co było z
pewnością przejawem łaskawości władzy, która zapewne nie chciała drażnić
szczególnie wrażliwego na punkcie religijności narodu. W
sobotę przed Niedzielą Palmową zakłady
pracy organizowały czyny społeczne. Jako uczennica szkoły podstawowej dwa razy
w roku, w tym pod koniec marca, miałam wątpliwą przyjemność sprzątania
szkolnego podwórka i terenów wokół. Wszyscy oprócz mnie się cieszyli, bo nie
było lekcji, ja po stokroć wolałam siedzieć w ławce i rozwiązywać znienawidzone zadania z fizyki, niż wdychać kurz i grabić
trawnik pełen śmieci i psich odchodów. Toteż plusem tamtych czasów był widoczny
porządek w miasteczku. Z perspektywy czasu owe „czyny” nie były wcale głupim
pomysłem, bo jak się wtedy człowiek namachał miotłą czy grabiami, to potem pięć
razy zastanowił się, nim wyrzucił jakiś papierek, wypalony papieros czy butelkę
na ulicę, o wszechobecnych współcześnie łupinach od słonecznika nie
wspominając...Ponadto w Miasteczku z okazji Wielkanocy pojawiały się odnowione
kosze na śmieci, których nie sposób było nie zauważyć – miejski zakład
komunalny regenerował je malując na dosyć intensywne kolory. Którejś wiosny na
ulicach pojawiły się pomarańczowe
kubełki z olbrzymim różowym kwiatem, w środku którego widniało logo zakładu. Świąteczna
krzątanina widoczna była również na podwórkach. Moja mama bez skrupułów pukała
do sąsiadów i zapraszała do sprzątania podwórka. I jak co roku towarzyszyła jej
jedynie pani Danka spod jedynki, Pani Zosia i jej mama, która mieszkała
bezpośrednio pod nami i moja Babcia-niania, mieszkająca na tym samym piętrze.
Kiedy energiczne Panie popaliły zaschnięte badyle spod płotu, okazało się, że
mimo gąszczu i śmieci, wiosna dotarła nawet tam. Kępki przebiśniegów i
śnieżyczek mogły wreszcie wychylić główki ku słońcu, forsycje rozkładały
gałęzie, na których widać już było złociste kwiatuszki, a migdałowiec
oswobodzony z chaszczy wypuszczał pąki kwiatowe. Na podwórku obok sąsiedzi
rozkładali metalową beczkę i budowali u jej dołu komin z cegieł, stawiając je ciasno
jedna obok drugiej, skąd unosił się smakowity zapach wędzonych wędlin. Bo z
okazji Wielkanocy, kto tylko mógł, załatwiał sobie pół świniaka i przerabiał go
na wyśmienite wędliny, według reguł fizyki: z kilograma surowego mięsa
powstawało wówczas około sześćdziesięciu dekagramów wybornej szynki, czego
niestety dziś nie praktykuje chyba żadna masarnia, zmieniając parszywie
proporcje. Nasz sąsiad który nomen-omen nazywa się Smoliński, użyczał wówczas
owej nieskomplikowanej maszynerii i mogliśmy pod jego fachowym okiem uwędzić
szynkę, baleron, boczek i karkówkę, a że chętnych było więcej, nęcący zapach
podrażniał wyposzczone nozdrza blisko trzy dni przed wielkanocną niedzielą.
Smaku i aromatu tamtych wędlin nie zapomnę chyba nigdy. W
moim domu prace porządkowe i plan pieczenia ciast przebiegał zawsze według tego
samego schematu: środa – stanie w kolejkach po wszystko, czwartek – stanie w
kolejkach, pieczenie mazurków, piątek – stanie w kolejkach i pieczenie bab
drożdżowych, a po powrocie z wieczornego nabożeństwa malowaliśmy z mamą i
bratem jajka. Sobota – dekorowanie mazurków i stanie w kolejce po chleb, chyba,
że mama zdążyła zapisać się w czwartek na listę u Pani Głońskiej, wtedy trzeba
było tylko odebrać złocisty, bochenek z zaplecza piekarni. Jeśli brat był pod
ręką, szliśmy razem do pani Hanki po kontener oranżady w szklanych butelkach,
jeśli nie, prosiłam Stasia, sąsiada z dołu, który pomagał mi bezinteresownie.
Dziś nie ma już takiej oranżady (ani bezinteresownych sąsiadów), żółtej lub
czerwonej, w butelkach z brązowego i zielonego szkła. Napój miał co najwyżej
miesięczny termin przydatności i potrafił się zepsuć. Dzisiejsze pseudo-napoje
– bo ciężko uwierzyć że coś, co składa się z wody i jakichś tam „E” z numerkiem
przeznaczone jest do spożycia przez ludzi – potrafią otwarte stać miesiąc i nie
zmieniają swego smaku, chyba, że z butelki ucieknie dwutlenek węgla. Kiedy
tylko pogoda dopisywała, każde wielkanocne popołudnie wychodziłyśmy z mamą na
spacer, poobserwować wiosnę, nazrywać bazie i odwiedzić groby naszych bliskich.
Spotykałyśmy wtedy wielu uśmiechniętych znajomych – trudno o niewielu w tak
małej mieścinie - a gdy uważnie przyjrzeć się przechodniom, każdy miał na sobie
cos nowego; a to płaszczyk ze sklepu Pani Zosi, a to garsoneczkę w pepitkę,
którą „rzucili” miesiąc wcześniej do Pani Urbańskiej, a to znów pantofelki z
niebieskiej skórki, które rozeszły się w oka mgnieniu, mimo, że pani Krysia z
obuwniczego cały dzień poprzedni przyjmowała towar – słowem – na każdym kroku
czuć i widać było wiosnę.
poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Czekoladki
Kiedy
miałam prawie sześć lat i umiałam już płynnie czytać, mama kupiła mi mój
pierwszy „Świerszczyk” – czasopismo dla małych dzieci. Byłam strasznie dumna,
bowiem „Świerszczyk” był bardziej „dorosły” od czasopisma dla maluchów „Miś”,
miał więcej stron do czytania, a nie tylko zagadki, rebusy i ilustracje. Pamiętam
opowiadanie pt. „Czekoladki” - niesamowicie mnie poruszyło, a nawet oburzyło.
Narratorką była babcia, która wspominała swoje dzieciństwo przed wojną, kiedy
jako mała dziewczynka pomagała mamie w zakładzie krawieckim. Ponieważ żyli
bardzo skromnie, zajmowała wraz z rodzeństwem jedną izbę, gdzie jej mama szyła
piękne suknie dla bogatych mieszczanek. Pewnego dnia – a był to prima aprilis -
jedna z klientek przyszła po odbiór sukienki i przyniosła dzieciom duże,
eleganckie pudełko czekoladek. Dziewczynce i jej siostrom oczy aż zaświeciły
się z radości, matka-krawcowa wzruszyła się szczodrością klientki. Jakże
wielkie było ich rozczarowanie, kiedy w pudełku, w błyszczących sreberkach
zamiast słodkich pomadek, znanych tylko ze sklepowych wystaw, maluchy znalazły
szare papierki. Damulka widząc miny dzieciaków i ich matki, wybuchła śmiechem i
rozbawiona rzuciła: „prima aprilis”, po czym wyszła. Kiedy skończyłam czytać tę
opowieść, łzy polały mi się jak grochy, ponieważ zbyt dobrze znałam tego typu
rozczarowania – był rok osiemdziesiąty pierwszy i kryzys, który rozumiałam
wówczas głównie jako brak słodyczy w sklepach. Do tego to okropne zachowanie
damulki – jak tak można? Biedne dzieci! Nigdy
nie sądziłam, że podobną sytuacje przyjdzie mi przeżyć na własnej skórze. Ciocia
wyjechała, ja zaś z utęsknieniem czekałam na jej powrót i gazetę z Thomasem
Andersem przy białym fortepianie i z różową Norą w piórach. W skrytości serca
marzyłam, by ciocia zapomniała o opakowaniach po czekoladach. Ciocia jednak nie
zapomniała. Kiedy odwiedziła nas ponownie, przywiozła tę wspaniałą gazetę,
którą mogłam oglądać tylko po dokładnym umyciu rąk, aby w stanie idealnym
powróciła do właścicieli, oraz chyba ze trzydzieści różnych, naprawdę pięknych
opakowań po czekoladach. Ich właścicielka tak się spieszyła, żeby mi je
podarować, że z niektórych nie powyciągała srebrzystej folii, pośród której
jeszcze pełno było okruchów aromatycznej czekolady. Zamknęłam się w swoim
pokoju i ze łzami w oczach oraz żalem w sercu przeglądnęłam wszystkie te cuda,
po czym z westchnieniem schowałam je do szarego pudełka po butach, do którego
zaglądałam tylko wtedy, kiedy ciocia Halinka przywoziła mi kolejną porcję
„zdobyczy”. Na szczęście rodzina z RFN przysyłała mojej „dobrodziejce” te same
sorty, wiec po jakimś czasie miałam w swojej kolekcji kilka takich samych
opakowań, co było dostatecznym pretekstem do cichutkiego zwrócenia uwagi mojej
cioci Halince, że już dosyć. Ale nim to nastąpiło, za każdym razem, kiedy
otwierałam szare pudełko, czułam się jak babcia-dziewczynka z opowiadania w
„Świerszczyku”. Dziękuję Marijohannie za udostępnienie skanu :)
niedziela, 12 marca 2006
Fachowcy
Fachowcy
to osobna grupa społeczna, a wręcz kasta w czasach Peerelu. Zapotrzebowanie na
fachowców było podobne do popytu na towary handlowe, których nie było. Fachowcy
mieli zazwyczaj stałą pracę, która dawała im satysfakcję materialną, bo po
pierwsze: mieli regularne dochody, po drugie: mogli coś wynieść z zakładu
pracy, gdyż wszystko było państwowe, a więc „niczyje”, a po trzecie: obijali
się jak mogli, bo dorabiali sobie z podwójną przebitką na tak zwanych
„fuchach”. W tym miejscu pragnę przeprosić wszystkich uczciwych i rzetelnych
fachowców, którzy zapewne istnieli w czasach mojego dzieciństwa i którzy
przypuszczalnie nie spełniali drugiego i trzeciego warunku, muszę jednak
stwierdzić, że stanowili mniejszość. Pan
Ziutek przybył zatem z dwoma pomocnikami do naszego mieszkania, ci zaś
taszczyli drabiny, wiadra, pędzle. Zabrał się z nimi za robotę, ale nie na
długo, bo kolejne zlecenia czekały. Pomocnicy więc pracowali w żółwim tempie,
ku przerażeniu mojej mamy, która robiła co mogła, by zachęcić obiboków do
roboty: a to przynosiła im ciastka, a to parzyła bezcenną wówczas kawę, a to
robiła drugie śniadania z kiełbasy na gorąco, której już nie starczyło dla nas,
to znów na koniec dnia polewała po kieliszeczku mocniejszego trunku. Ten
ostatni bonus został oprotestowany przez pana Ziutka, bowiem jeden z pomocników,
jego rodzony młodszy brat, miał „pociąg do alkoholu”, co było dosyć subtelnym
określeniem skłonności brata pana Ziutka. Pewnego razu, kiedy zostałam sama w
domu, aby pilnować brata – wg ścisłych zaleceń pana Ziutka, gdyż „grzebie po
szafach w poszukiwaniu alkoholu” – a mama udała się na zakupy, brat pana Ziutka zagadnął
mnie, czy nie chcę pobawić się na podwórku. Malował akurat pokój stołowy, więc
zamiary miał oczywiste. Mimo, że miałam szaloną ochotę pobawić się na podwórku,
bo z okazji remontu nie chodziłam do przedszkola, a pogoda była na tyle
sprzyjająca, że nie musiałam zakładać kurtki tylko moją ukochaną kamizelkę z
biedronką, odparłam hardo, że nie mogę. Wtedy brat pana Ziutka wpadł na pomysł,
że wciągnie mnie w swój plan: ja przyniosę mu szklankę (!) z kuchni, a on
naleje sobie „troszkę wódeczki”, bo „dzieciom nie wolno ruszać alkoholu”. Mimo
strachu, zaprotestowałam i powiedziałam, że jak to zrobi, to poskarżę mamie, a
łapówki w postaci czekolady „kiedyś” nie wezmę, bo od obcych nie mogę. A brat
pana Ziutka, mimo, że przychodził do nas od kilku dni, wciąż był dla mnie obcy.
No i nie miał wyjścia – więcej mnie nie nagabywał, bo praca u nas w domu była
podobno jego ostatnią szansą. Pan
Ziutek oprócz wyraźnych cech zewnętrznych, charakteryzował się również wysokim
poczuciem estetyki i znajomości fachu, w jego osobistym mniemaniu. Kiedy nasz
śliczny jasny pokój, został odświeżony i pomalowany na nowy, łososiowy kolor
(wtedy to się nazywało jasny pomarańcz), Pan Ziutek przybył osobiście, by
uwieńczyć dzieło agresywnym wzorem na wałku w kolorze ciemnozielonym. Mama, w
ostatniej chwili, z prawdziwym przerażeniem w oczach powstrzymała go od tego
szalonego zamiaru. Pan Ziutek poczuł się urażony, kiedy argumentowała, że wzory
z wałka są już niemodne i że ciemna zieleń niezbyt dobrze będzie się
prezentować w pokoju stołowym, tudzież wypoczynkowym, i że wzór ów z pewnością
nie przyczyni się do relaksowania naszej rodziny. Pan Ziutek w geście zemsty
kategorycznie stwierdził, że otworzył już farbę olejną i nie może jej zmarnować, pomalował
zatem na ów wstrętny zielony kolor drewniane, Bogu ducha winne, listwy
przypodłogowe. Mama już nie protestowała w obawie, by pan Ziutek przedwcześnie
nie zakończył przedłużającego się remontu w naszym domu, bo zbliżała się
Wielkanoc. Efekt był ohydny, ale meble pozakrywały nieszczęsne listwy i tylko
gdzieniegdzie widać było „artystyczną” duszę pana Ziutka. Rok
później stary blaszany górnopłuk, czyli spłuczka z łańcuszkiem zawieszona
wysoko nad ubikacją, zakończyła swój żywot. Po demontażu urządzenia okazało
się, że będziemy mieli nowoczesny plastikowy dolnopłuk i jak sama nazwa
wskazuje, winien być zawieszony na dole, jednak ustęp znajdował się zbyt blisko
ściany i dolnopłuk należało przerobić na górnopłuk. Kąt i brudna ściana po
starej spłuczce wymagały odświeżenia, zatem w naszym domu, pojawiły się dwie
ekipy remontowe: dwóch panów hydraulików do spłuczek, pachnących żelastwem,
pakułami i tanim tytoniem, we flanelowych koszulach i ubabranych spodniach
roboczych z dwudniowym, bynajmniej nie seksownym i niemodnym wówczas
zarostem; i - panów malarzy,
wyglądających podobnie, pachnących dodatkowo farbą i rozpuszczalnikami. Pierwsi
najpierw usunęli zepsutą spłuczkę i zdemontowali stare rury, drudzy – musieli
oczyścić i pomalować ścianę. Jakoś dziwnie to rozplanowali, bo malarze najpierw
pomalowali kawałek ściany pod starym górnopłukiem, poszli do innej roboty, a w
tym czasie hydraulicy montowali i kombinowali przedłużenie rury, by z
dolnopłuka zrobić górnopłuk. Po kilku godzinach żmudnej pracy i zepsuciu dwóch
sztuk nowoczesnych, plastikowych rur, których długość źle wymierzyli, w końcu
zamontowali niefortunną spłuczkę. Malarze wrócili z szefem, panem Marczakiem,
naszym sąsiadem, który „po znajomości wygospodarował czas na takie „nieopłacalne
duperele” . Miał rzucić okiem na poczynania swoich praktykantów, a sam
podmalować kawałek sufitu w kuchni, bo wiosenne wichury i ulewne deszcze zlały
strych, wskutek czego na stropie pojawiły się brzydkie plamy. Praktykanci co
chwilę odrywali majstra od roboty, bo nie wiedzieli jak rozrobić farbę: a to za
gęsta, a to za rzadka – chłopaki najwyraźniej rozpoczynali naukę fachu, a
majster musiał się ich czepiać, żeby wiedzieli, kto tu rządzi. Z zapałem
zaczęli machać pędzlami i nagle utknęli w martwym punkcie, bo na środku ściany
nad ubikacją ciągnęła się długa, szara, plastikowa rura, łącząca ustęp z
dolnopłukiem zamocowanym u góry. Co robić? Malować rurę czy nie? Majster kazał
WSZYSTKO na biało, więc... więc zawołali majstra, ale Pan Marczak uwinął się
szybciutko z kawałkiem kuchni i niepostrzeżenie wyszedł, o czym ich życzliwie
poinformowałam. Nie było wyjścia, jak wszystko, to wszystko! Zaczęli więc
malować rurę białą emulsją do ścian, rozcieńczaną wówczas wodą), a ta za
cholerę nie chciała trzymać się śliskiej, plastikowej powierzchni. No co za
pech! Nawet ja, mała dziewczynka widziałam, że to bez sensu i że plastikowej
rury się nie maluje, chłopcy jednak bali się
gniewu pracodawcy, więc zawzięcie machali pędzlami, siłując się z prawami
fizyki. Kiedy wrócił pan Marczak, nie zdziwił się wcale, tylko kazał zmyć
wodnistą maź z rury. Uczestniczyłam
jeszcze w kilku remontach, ale to już temat na osobny wątek. Zastanawia mnie
jednak fakt, jakim cudem ci ludzie cieszyli się takim popytem. Z moich
obserwacji wynika, że punktualnie przychodzili tylko w pierwszy dzień, urywali
się w ciągu dnia dwa albo i trzy razy i wracali w stanie wskazującym, wykonywali kilka zleceń na raz, co
zapewne odbijało się na jakości i cierpliwości zleceniodawców, jednak nikt nie
ośmielił się zakwestionować końcowej ceny.
Ponadto wyjadali nam połowę zapasów, wypijali całą kawę i palili przy
pracy, mimo, że u nas w domu nikt nie palił. Do tego wszystkiego nigdy nie prali
ubrań roboczych, a przecież to też ubrania...
sobota, 04 marca 2006
INFORMACJA
W ZWIĄZKU ZE SPAMEM, KTÓRY POJAWIŁ SIĘ W KOMENTARZACH DO MOICH WPISÓW ZMUSZONA JESTEM WŁĄCZYĆ OPCJĘ KOMENTARZA Z LOGOWANIEM DOTYCHCZASOWYCH NIEZALOGOWANYCH CZYTELNIKÓW, KTÓRZY MIELIBY OCHOTĘ KOMENTOWAĆ BEZ LOGOWANIA, PRZEPRASZAM ZA URTUDNIENIA.
wtorek, 21 lutego 2006
Kulinarnie ale nie tylko
W
czasach zamierzchłych, o których piszę, mieszkańcy miasteczka i pewnie wielu
takich miasteczek w całej Polsce wykazywali się nadzwyczajną pomysłowością, nie
tylko we wspomnianym robieniu dwóch butelek wódki z jednej za państwowe
pieniądze, ale również w wielu innych dziedzinach. Niestety nie wszyscy byli na
tyle uprzywilejowani, by realizować własne pomysły publicznie, dlatego część z
nich pozostała w szarej strefie, a może po prostu bawiła się inwencją twórczą
na własne potrzeby. Jedną z nich była produkcja polskiej chałwy, pod swojsko
brzmiącą nazwą „blok”. Była to, jak dla mnie, ohydna, słodka mamałyga z
margaryny cukru, mleka, kawałów suchych wafli, czasem okraszona orzechami i
rodzynkami. Masa zastygała w foremce keksowej, a następnie kroiło się to cudo
nożem na plastry. Blok cieszył się taką popularnością, że miejscowa cukiernia,
podchwyciwszy przepis krążący od domu do domu, zaczęła go wytwarzać w ilościach
hurtowych, dostępnych bez kartek i bez ograniczenia wagowego. W
smętnych czasach mojego dzieciństwa nie było też Coca-Coli, co zapewne wzbudza
zdziwienie młodszych Czytelników, zwłaszcza, że obecnie nawet Irakijczycy
manifestują swą niechęć do Amerykanów, mając w tle szyld Coca-Coli. W
miasteczku szyldu nie było, ale niedaleko bloków powstał nieduży budynek, w
którym miejscowi milicjanci, a ściślej mówiąc ich żony, założyły spółkę
produkującą napoje w woreczkach. Napoje
w woreczkach były niegazowaną, słodką cieczą o objętości około dwustu
mililitrów, opakowaną w zwykłą folię. W ilości hurtowej przechowywane były w
pionie, w plastikowych skrzynkach na warzywa, a do owej skrzynki dołączano
wąskie słomki, które w wersji oryginalnej pozwoliły by wypić napój z wysokiej szklanki, natomiast na potrzeby napoju były
ucinane na pół. Napoje produkowano w wersji cola – brązowe, oraz o smaku
kisielowo-nijakim, który charakteryzował intensywny żółty lub różowy kolor. Cieszyły się
niebywałym powodzeniem i sprzedawano je głównie w warzywniakach. Zwolennikom
napojów gazowanych pozostało nabyć za kaucją naboje do syfonu – urządzenia,
które swego czasu cieszyło się niesłychaną popularnością w polskich domach. Był
to metalowy zbiornik, zakończony kopułką z kranikiem i klamką, w której mieścił
się nabój z CO2. Z naboju gaz ulatniał się do zbiornika z wodą i syropem
smakowym, skąd pod ciśnieniem wytryskiwał do szklanki. W ten sposób można było
wyprodukować sobie samemu napój o smaku coli lub pomarańczy, pod warunkiem
wcześniejszego zaopatrzenia się w odpowiedni syrop, o dziwo dostępny nawet w miasteczku, lub po prostu zwykłą wodę gazowaną. Innym
sposobem na produkcję oranżady był zakup w spożywczym jej koncentratu w
torebkach wielkości cukru waniliowego, który rozpuszczało się w szklance,
zalewając zwykłą wodą. Była to jednak skandaliczna profanacja, bowiem
przytoczony proszek służył do tego, by maczać w nim obśliniony palec
wskazujący, farbując przy tym skórę aż pod paznokciem, co sprawiało niesamowitą
frajdę wizualno - smakową. Czerwony, tudzież żółty proszek szczypał w język i
to, oraz zafarbowany jęzor, stanowiły clou całej zabawy. Orzeszki
ziemne to wówczas delikatesy rodem z półek Pewexu lub
prywatnych warzywniaków, za bajońską sumę czyli ogólnie ujmując – rzecz
w miasteczku niedostępna, przynajmniej nie dla mnie. Zajadałam
się zatem czymś na wzór fistaszków, a z perspektywy czasu, czymś o wiele
bardziej zdrowym i bez konserwantów czy antyutleniaczy – prażonymi ziarnami
soi, sprzedawanymi w małych foliowych woreczkach. Brązowe ziarenka przyjemnie
chrupały w zębach, a ich niezwykły smak podkreślała sól i przyprawy. I kosztowały niewiele. Ze
słodyczy własnej produkcji pamiętam też ciastka z toffi i ryżu preparowanego.
Cukierki Toffi i Irysy były często tak twarde, że można było sobie połamać na
nich zęby. A że były bez kartek, kupowaliśmy je zazwyczaj na kilogramy i jeśli
tylko mama pozwalała zrobić bałagan w kuchni, który sumiennie obiecywaliśmy
posprzątać, przetapialiśmy te cukierki w garnku, dodawaliśmy ryż i formowaliśmy
z zastygającej masy kulki. Niedługo potem, jakiś przedsiębiorczy Polak
przechwycił nasz pomysł i w warzywniakach, które słynęły z artykułów
wytwarzanych metodami domowymi lub manufakturowymi, pojawiły się
owe kulki jako „szyszki ryżowe”. W ich składzie widniał jednak syrop klonowy,
który budził zawsze moje zdumienie, gdyż nie kojarzyłam klonu z jakimś
konkretnym owocem, na bazie którego można by wytworzyć jakiś syrop. Zatem z
domowej produkcji szyszek przerzuciliśmy się, wzorem znajomych i ich znajomych
na robienie wafli, przekładanych masą toffi. Wafle można było kupić w każdym
sklepie, nawet miejscowa piekarnia wyczuła koniunkturę i zaczęła sprzedawać
suche andruty, co było przykładem na to, że Polak potrafi wiele, nawet osłodzić
sobie trudną do przełknięcia rzeczywistość lat osiemdziesiątych.
sobota, 11 lutego 2006
Restauracja "Zamkowa"
Restauracja „Zamkowa”, zwana przez nas, mieszkańców, „gospodą”, mieściła się tuż obok kina „Jutrzenka”. Z wąskiego przedsionka, do którego wchodziło się przez skrzypiące niemiłosiernie drzwi, kolejne wierzeje prowadziły do dużej sali. Cechy charakterystyczne: boazeria na ścianach, kilkanaście stolików pokrytych ceratą, przyćmione światło u sufitu, przedzierające się przez kłęby dymu, oraz gwar miejscowych pijaczków. Po lewej stronie lada chłodnicza z zagrychą typu śledź w oleju, galareta z zimnych nóżek i tatar oraz desery na szklanej półce powyżej– galaretka z owocami lub sernik. Na ladzie stał kulisty automat, w którym bulgotała zimna, gazowana oranżada. W tle kilka półeczek z nieśmiertelnymi paluszkami, pepsi-colą w szklanych butelkach, lokalną wodą mineralną i kilkoma nadpoczętymi butelkami z Wódką Czystą Wyborową, ewentualnie z Żytnią, czasem Wódką Polonez. Nieco niżej, tabliczka informująca o szkodliwości alkoholu, której treść nikogo nie wzruszała, oraz kilka rodzajów papierosów: Klubowe, Popularne, Carmeny. Przy ladzie kelnerka, odziana jak pozostałe panie z obsługi w buraczkowy kostium z bistoru, składający się z bluzki z krótkim rękawem i wąskiej spódnicy z rozcięciem z tyłu. Na to biały, kusy fartuszek z kieszonką na bloczek do spisywania zamówień, fikuśnie wykończoną falbanką, która aż sterczała od krochmalu. Na głowie, do mocno natapirowanych i obficie spryskanych lakierem włosów, każda z pań miała przypięty kawałek szerokiej koronki. Panie kelnerki z prędkością światła pomykały
zwinnie między stoliczkami, mając na uwadze nie tylko rubasznych stałych
bywalców, zamawiających nieśmiertelny zestaw czyli „setkę i galaretkę”, lecz
także kulturalnych gości, którzy zazwyczaj zajmowali stoliki w sali dla
niepalących, mieszczącej się po prawej stronie od wejścia. Sala ta, nieco
mniejsza, była urządzoną schludnie i dzięki trzem szerokim oknom wpadało doń
sporo światła dziennego, które niemal kuło w oczy, gdy wkraczało się do niej z
półmroku, jaki panował w poprzedzającym ją pomieszczeniu. Stoliki w tej części
pokryte były obrusami. Na każdym z nich stał porcelanowy wazonik z kwiatkiem,
serwetki i zestaw przypraw (sól, pieprz, magi, ocet), gdzieniegdzie leżały
teczki z brązowego skaju ze złotym, aczkolwiek nieco już wytartym napisem
„MENU”. Bardzo
chętnie jadałam w „Zamkowej”, bo z reguły chodziłam tam sama, z rzadka z bratem
i wówczas nie musiałam jeść zupy, co z pewnością nie upiekło by mi się w domu.
Po za tym w czasach reglamentacji żywności w sklepach, można było zjeść
schabowego w tygodniu, a nie tylko w niedzielę, o ile udało się wystać w rzeźni
cokolwiek z mięsa, co nie było podrobami. Któregoś
dnia brat wrócił ze szkoły i wspólnie poszliśmy na obiad, biorąc ze sobą kilka
talonów. Dorastający nastolatek zamówił sporo, bo i zupę i drugie danie, a na
deser – pierogi. Ja zadowoliłam się schabowym, bo wyliczyłam szybko, że na
pewno zmieścimy się w nominałach bloczków, ewentualnie brat dopłaci ze swojego
kieszonkowego, którego miał zawsze o wiele więcej niż ja. Zbliżał się koniec
miesiąca, bloczki należało zużyć, bo zwrotów i rekompensaty gotówki nie było, a
codziennie nie jadaliśmy w gospodzie. Rachunek opiewał na około 420 złotych,
domówiliśmy sobie jeszcze po pepsi za 30 złotych za butelkę, ale pani Kowalska
nie chciała wydać reszty. Kwota była niewielka, ale można było kupić za nią na
przykład jabłka albo dwie słodkie bułki. Napiwków wówczas nikt w miasteczku nie
dawał, bo kelnerki i tak nieźle zarabiały na nieprzytomnych z upojenia
alkoholowego stałych bywalcach sali dla palących, a może dlatego, że nikt o
czymś takim nie słyszał. Upór kelnerki zezłościł mojego starszego brata, który
zahartowany w bojach kolejkowych, nie dawał sobie w kaszę napluć. Zażądał
wyjaśnień, a dalej rozmowy z kierowniczką. Wiecznie zadumana i pochłonięta
rachunkami pani Zosia wyszła ze swojej kanciapy, sąsiadującej z naszą salą. W
miarę argumentów, jakie raczył grzecznie przytoczyć mój mądry brat, jej oczy
powiększały się ze zdziwienia, aż zmuszona była zdjąć ciężkie okulary, patrząc
na zmianę to na przestraszoną panią Kowalską, to na mojego brata. Jej odpowiedź
była krótka: „proszę wydać temu panu resztę”. Całej sytuacji przyglądałam się z
oddali, siedząc spokojnie przy stoliku. Kiedy czerwona jak burak pani Kowalska
przyniosła resztę, brat wcisnął mi monetkę, pozwalając wielkodusznie zaszaleć w
warzywniaku pana Gienia, i opuściliśmy lokal. Na ulicy dowiedziałam się, że
kelnerki mają obowiązek wydawać drobne, bo szkoła z góry zapłaciła za wartość
bonów, stąd reszta należała nam się jak najbardziej. Kelnerki
dorabiały sobie jeszcze w inny sposób do pensji – rozrzedzały wodą wódki
czyste, tak, że w ciągu tygodnia mogły wynieść z lokalu jedną butelkę,
sprzedając ja na czarnym rynku za niemałe pieniądze, ale co ważniejsze – bez
kartek. Dziś
nie ma już restauracji „Zamkowej”, ani pań kucharek, które na zawołanie
kelnerki: „raz zraz!”, co zawsze rozśmieszało mnie i brata, tłukły zażarcie
bogu ducha winny kawałek mięsa. Nie ma kelnerek w koronkach na głowie, ani
papierosów Carmen. Jak tylko nastała gospodarka wolnego rynku, zamknięto GS i
„Zamkową” . Jakaś firma, aż z Wrocławia, otworzyła w tym miejscu sklep ze
sprzętem AGD w sali dla palących i drogerią w sali, w której jadałam obiady.
Trochę dziwnie się czułam, oglądając dezodoranty tam, gdzie kiedyś wcinałam
pierogi. Jeszcze bardziej kuriozalny wyraz miały lodówki, pralki, zamrażarki i
kuchenki gazowe, które stały smętnie w sali, dawniej tętniącej życiem, gdzie
woń papierosów mieszała się z wonią wódki i zapachami z kuchni, zwłaszcza, że
nowi właściciele nie zmienili w lokalu nic, po za wyniesieniem z niego
stolików, krzeseł, lady, oraz zaślepieniem zaułku na wprost drzwi, za którym
znajdowało się onegdaj okienko podawcze kuchni.
poniedziałek, 06 lutego 2006
Facet z długi włosami
Rzeczywistość
w miasteczku zdominowana była przez dwa rodzaje wydarzeń. Pierwszym z nich były
niewątpliwie informacje o dostawach do sklepów, drugim – plotki o zasięgu
miasteczkowym. Mieszkańców wyjątkowo elektryzowały wydarzenia a także osoby,
które ingerowały w dzień powszedni prowincji. |